Buda-Peszt

Budapeszt chodził za mną od jakichś 3 lat, a ludzie w pracy wyrażali się o stolicy Węgier w samych superlatywach. No i w końcu zażyczyłam sobie, żeby weekend tam był moim prezentem okrągłourodzinowym, i żeby go uświetnić, zarezerwowaliśmy hotel 5-gwiazdkowy na 2 ostatnie noce.
Pierwsze dwie noce spędziliśmy na wyspie św. Małgorzaty, uroczym miejscu na środku Dunaju, bardzo zielonym i idealnym na spacery czy bieganie.
Bud wyspa
W pierwszy dzień nabiliśmy kilometrów. Najpierw po spacerze po wyspie ruszyliśmy wzdłuż rzeki do zamku, po drodze podziwiając widoki na rzekę i budynek Parlamentu.
Bud rzeka
Zamek leży na wzgórzu, więc po stromym podejściu uraczyliśmy się deserem i piwem, a potem obeszliśmy spory teren pełen brukowanych ulic i starych kamieniczek. Z Baszty rybackiej, malowniczej budowli z początku XX w., roztacza się piękna panorama na Peszt. Budapeszt ma piękną architekturę, ale bardzo dużo miasta zostało zniszczone w 2 wojnie światowej, i zamek też został odbudowany dopiero po wojnie, więc wielka bryła nie jest oryginalna.
Bud zamek
Po zejściu ze wzgórza poszliśmy dalej wzdłuż Dunaju. 
Zrezygnowaliśmy z wejścia na wzgórze Gellerta, za to przeszliśmy mostem Wolności z końca XIX w. (oczywiście zniszczonym w czasie wojny i potem odbudowanym) do wielkiej Centralnej hali targowej, z tego samego okresu. Przewodnik opisał miejsce jako świetne do nabycia pamiątek, ale ja nie gustuję w węgierskich kolorowych koronkowych obrusach czy haftowanych bluzkach, a wino było sporo droższe niż w sąsiednich sklepach. Za to można zobaczyć bogactwo papryk, a miejscowi robią tam zakupy warzywno-owocowe. Podobną halę minęliśmy w drodze na zamek – wewnątrz pięknego budynku umieszczono supermarket i różne kawiarnie.
Bud hale

Po kolacji wróciliśmy na wyspę. Nasz hotel miał dostęp do sąsiedniego, gdzie był zespół basenów, w tym takie z gorącą wodą, bo Budapeszt leży na gorących źródłach. Po całym dniu łażenia pomoczenie się w 37-stopniowej wodzie było super przyjemne 🙂
W piątek przeprowadziliśmy się do drugiego hotelu, tego 5*. (Całe szczęście, że wzięliśmy go tylko na 2 noce z 4, bo na pewno nie był wart potrójnej ceny…. Piękny budynek i duży pokój, owszem, ale w zasadzie tyle.) 
Zaraz po zameldowaniu ruszyliśmy elegancką aleją Andrassy’ego do Lasku miejskiego, gdzie znajdują się różne atrakcje. Oprócz ZOO jest tam przedziwny zamek-hybryda Vajdahunyad z pocz. XX w., zbudowany w mieszance stylów. Otacza go płytkie jezioro, zimą służące za lodowisko, ale niestety było dopiero w trakcie zamrażania. Ale my poszliśmy w jednym celu – wymoczenia się w łaźniach Szechenyi, gdzie neobarokowe długie budynki z pocz. XX w. otaczają zespół basenów, a w środku znajdują się kolejne. Raj!!! Ponad 2 godziny przemieszczaliśmy się z jednego basenu do kolejnego, załapaliśmy się też na 20-minutową sesję aqua-aerobiku. Baseny na zewnątrz są rewelacyjne, zwłaszcza w kiepską pogodę – ciepła woda i unosząca się para bardzo relaksują. Sporo pań moczy się w pełnym makijażu – szacunek! Odważni wnoszą też do wody telefony. Przez przypadek zaczęliśmy pobyt od basenu chłodniejszego, i po ponad 2 godzinach zakończyliśmy w najcieplejszym, akurat żeby się rozgrzać i mieć dosyć 🙂
Bud park
Potem znaleźliśmy restaurację, którą jeszcze w domu wyszukałam na necie. Dobrze, że tam w końcu trafiliśmy, bo siedziało nam się świetnie, a jedzenie i piwo były wyśmienite. Jak relaks to relaks, więc dzień zakończyliśmy w barze hotelowym. Bardzo przyjemne świętowanie urodzin 🙂
W sobotę poszliśmy w dół alei, w stronę rzeki. Najpierw popodziwialiśmy panoramę Bupadesztu z wielkiego diabelskiego koła, potem przeszliśmy się wzdłuż Dunaju,  pochodziliśmy po sklepach i obeszliśmy już otwarty Świąteczny targ, z mnóstwem stoisk z ciekawymi wyrobami artystycznymi, i oczywiście jedzeniem.
Bud Xmas market
Dzień zakończyliśmy pobytem w hotelowym SPA, które było sporo gorsze od poprzedniego hotelu, bo bez gorących basenów…

W niedzielę był jeszcze czas na zwiedzenie Domu Terroru, muzeum multimedialnego pokazującego czasy od 2 wojny światowej, poprzez terror faszystowski i komunistyczny, aż do 1989r. Historia ponura i bardzo przypominająca polską, pomimo bycia po dwóch stronach barykady w czasie samej wojny…
Budapeszt jest pięknym miastem. Kamienice są duże i eleganckie, sporo budynków jest czyszczonych lub remontowanych. Ulice i skrzyżowania są przestronne. Dunaj z mostami robi duże wrażenie.
Bardzo smakowało mi jedzenie – nie załapałam się na zupę gulaszową, ale jadłam bardzo dobrą na fasoli, szynce i kiełbasie. Zapiekanka z ziemniaków, szynki i cebuli też była smaczna.
Kilka ciekawych aut zobaczyliśmy po drodze, w tym polskie małe fiaty! Polskie sklepy typu Reserved czy CCC też są obecne 🙂
Bud auta

Byłam bardzo zaskoczona kosztami – Budapeszt jest drogi! Spodziewałam się cen warszawskich, a zastałam dublińskie.
Na pewno warto to miasto odwiedzić, chociażby dla pomoczenia się w łaźniach, highlight mojego pobytu 🙂 Wracać jednak raczej nie będę…

Ekologicznie (?)

Już od dłuższego czasu chodzi za mną ten wpis, i akurat mam wolne z racji pracy na zmiany, to piszę.
Nie o Brexicie (już nawet wiadomości z UK nie czytam, znudziło mi się, znowu nie wyszli, znowu przedłużenie, znowu nie wiadomo, co będzie), nie o wyjazdach (to następne, bo Budapeszt powita za tydzień!), ale o zmianach klimatu. Miszmasz trochę, przyznam z góry.
Zewsząd atakują programy i artykuły, kiedyś o global warming, teraz o climat change – no bo ciężko uzasadnić śnieżyce globalnym ociepleniem, jakoś tak nielogicznie. Przyznam, sceptycznie podchodziłam do rewelacji o trzech kolejnych gorących latach, no bo w jakiej skali – kilku lat, kilkudziesięciu, kilkuset czy kilku tysięcy? Jak każdy używający od czasu do czasu statystyki wie, liczby nie kłamią, ale jednak można nimi nieco manipulować – ignorować nietypowe punkty, zmieniać skalę itd… Nie da się ukryć – zjawiska wcześniej (w sensie za życia ostatnich 2-3 pokoleń) w niektórych miejscach niespotykane zaczęły się pojawiać sporadycznie, jak trąby powietrzne, śnieżyce, upały; inne zjawiska się nasiliły i zaczęły występować częściej, jak tropikalne huragany. Czy człowiek jest za to odpowiedzialny? Częściowo tak, uwalniamy w końcu do atmosfery związane i ukryte pod ziemią przez miliony lat pokłady węgla i ropy. Ale te pokłady skądś się wzięły – kiedyś ziemia była cieplejsza i zieleńsza, tylko że wtedy człowieka nawet nie było w planach…. No i jeden wybuch superwulkanu i zatęsknimy za słoneczkiem i ciepełkiem!
Czy da się zatrzymać zmiany klimatu? Nie wiem. Na pewno nie, jeśli nie będzie spójnej polityki światowej. Mówię oczywiście o limitach na CO2 w Europie, które głęboko w poważaniu mają USA czy Indie. Chiny chyba zaczęły coś zmieniać, i to się odczuje, bo w końcu mieszka tam niemal 1/5 światowej populacji!
Ale ślepe parcie na auta elektryczne, kiedy prąd do ładowania pochodzi ze spalania węgla – genialny pomysł polski na przykład – to jest jakieś nieporozumienie. Auta elektryczne mają sens tylko wtedy, gdy energia pochodzi z OZE czy atomu. Podwyższanie podatku od CO2 w momencie braku alternatyw to też kiepski pomysł. Chwali się zmiany w przepisach budowlanych, np. tu nowe domu muszą mieć pompy ciepła i dobrą izolację, ale już zapowiedź zlikwidowania diesli i benzyniaków do któregoś tam roku mnie wkurza – póki co tylko hybrydy zapewniają swobodę przemieszczania się, ale są sporo droższe od zwykłych aut. No i dużo można by mówić o fatalnym transporcie publicznym w Irlandii – w obrębie Dublina można się poruszać Dartem czy Luasem, ale trójpasmówka do i ze stolicy codziennie pełna jest samochodów, bo dojechać do Heuston pociągiem można raz na godzinę, ale już gdzie indziej – powodzenia…
Jak tylko widzę sławną Gretę Thunberg, to mnie rzuca. Nie wiem, czy wypromowali ją rodzice, czy nie, ale szopki typu przypłynięcie jachtem do USA są żenujące. Nie działa na mnie płaczliwy ton i powyciągane sweterki. Może to i dobrze, że młodzież chce potrząsnąć skostniałym systemem, ale do tejże młodzieży mam bardzo dużo zastrzeżeń.
Bo kto MUSI mieć ajfona, i zmieniać telefon na nowszy model co rok czy dwa? Kto co roku zmienia garderobę, bo nowe kolekcje w sklepach?
(Już nie wspomnę o najzwyklejszym śmieceniu na ulicach – jak chodzimy na spacery, to nagminnie widzimy syf w okolicach szkół, bo młodzież strajkująca w obronie klimatu jednocześnie w dupie ma czynności tak przyziemne jak doniesienie papierka do kosza lub, o zgrozo, do własnego domu, jeśli po drodze na osiedlu nie ma kosza.)
Przecież produkcja tych ton ubrań i sprzętu to generacja niezliczonych pokładów CO2, a do tego z drugiej strony ton wyrzucanych śmieci, które trzeba przetworzyć lub zeskładować….  A nie oszukujmy się, w recyclingu jeszcze dużo jest do zrobienia – tylko 4 kraje w UE przetwarzają min. 50% odpadów!
Reduce, Reuse, Recycle. Taka jest złota zasada, czyli po pierwsze – nie generuj kolejnych śmieci w ogóle (używaj wielorazowego kubka do kawy itd. Szlag mnie trafia, jak w pracy ludzie piją wodę lub mleko z plastikowych jednorazówek, pomimo dostępności kubków ceramicznych). Po drugie – użyj ponownie. I dopiero po trzecie – przetwórz.
Do tej pory mam ciuchy kupione po przyjeździe do Irlandii 14 lat temu. Owszem, coś tam sobie kupię co jakiś czas, ale zawsze się zastanowię, czy potrzebuję kolejnej koszulki? Telefon Samsung kupiłam 4 lata temu. Teraz jest ZA STARY, żebym mogła sobie zainstalować AIB mobile app, do bezpiecznego logowania – paranoja jakaś! A telefon działa OK i nie mam zamiaru go zmieniać, dopóki nie siądzie. Muszę też pochwalić I-pada kupionego chyba z 8 lat temu – nadal hula i nic mu nie dolega. Podobnie jak z aparatem (nie cierpię robić zdjęć telefonem) – metalowy Canon sprzed też przynajmniej 7 lat przeżył już 2 czy 3 upadki, i nadal działa.
Problem w tym, że jeśli popsuje się pralka/ lodówka/ telewizor, i za naprawę krzykną 350e, a nowa kosztuje 500e, to raczej kupimy nowy sprzęt, stary wyrzucając na rosnącą górę e-śmieci…

Zmienia się. Coraz więcej widzę butelek na wodę wielorazowego użytku (sama piję kranówę), wspomnianych kubków na kawę, kto może to dojeżdża do pacy rowerem.
Wprowadzą też chyba opłatę za jednorazowe kubki, podobnie jak za reklamówki kiedyś – zadziałało, i nauczyliśmy się nosić własne torby. Są też plany eliminacji plastikowych sztućców czy talerzyków i oczywiście słomek i patyczków do mieszania
Ale dopóki Penneys będzie miał nowy zestaw ubrań co 2 tygodnie, dużo ludzi będzie je kupować.
Nie wspominam o wielkim przemyśle, bo na to jako jednostka nie mam wpływu. Hodowlę zwierząt też coraz głośniej oskarża się o generację gazów cieplarnianych – irlandzkie krowy wypasane na łąkach raczej nie są winne, ale wielkie farmy hodowlane trzymające bydło w klatkach i karmiące je paszami to już inna bajka.
Pozostaje drażliwa kwestia transportu lotniczego i ukochanych przez niektórych, a znienawidzonych przez innych, promów wycieczkowych.
Tu jestem winna – latam kilka razy w roku, i nie zamierzam rezygnować z możliwości wyjazdu na wakacje i zwiedzania świata (mama Grety zrezygnowała z wyjazdów, znacznie redukując tym samym swoją karierę zawodową – ale spoko, książka już wydana, kasa będzie). Niektórzy powiedzą, że kiedyś ludzie siedzieli na tyłku i nigdzie się nie ruszali – ale po pierwsze nie mieli wyboru, a po drugie – czy naprawdę to było takie dobre? Podróże poszerzają horyzonty, a w przypadku mieszkania na deszczowej wyspie zapewniają higienę psychiczną 😉
Moim zdaniem głównym problemem jest przeludnienie.
Gatunek ludzki rozmnożył się ponad skalę – wymarcie mu nie grozi, chyba że sam je spowoduje (coraz bardziej prawdopodobne).

Głupia rzecz – dieta. Mięso niedobre, bo zwierzęta cierpią, no i produkcja CO2. No to ryby. Ryby się okazuje też be, bo na farmach norweskich karmią łososie mączką z sardynek przeławianych u wybrzeży Afryki. Wegetarianizm czy weganizm niby są ekologiczne. Awokado zdrowe! Zdrowe czy nie, stało się tak modne, że pod jego plantacje wycina się lasy tropikalne, a do tego drzewo potrzebuje ogromnych ilości wody, i wysusza okolicę…. To wszystko abstrahując od faktu, że z natury człowiek to zwierzę wszystkożerne, i od zawsze jadł mięso, zboża, warzywa, owoce, korzonki, grzyby. Ale to było OK, gdy liczba osobników nie zagrażała równowadze w przyrodzie. Teraz musimy produkować żywność w większej skali, żeby zaspokoić zapotrzebowanie coraz większej liczby ludzi, i w każdej gałęzi uprawy czy hodowli powstają problemy, czy to środowiskowe, czy ekonomiczne.

Oczywiście wyżywienie coraz większej liczby ludzi to tylko jeden z problemów. Im więcej jemy, tym więcej wydalamy, tym więcej przestrzeni do życia potrzebujemy, więcej prądu, więcej aut, więcej ubrań, więcej więcej więcej…..
Polityka jednego dziecka w Chinach zadziałała, częściowo. Ale tego eksperymentu nie da się powtórzyć na skalę globalną. Pozostaje mieć nadzieję, że ludzie się opamiętają, zanim będzie za późno.

Ach, co to był(y) za ślub(y)!

Rozrywani towarzysko jesteśmy z K. 😉 Ale to dobrze, bo człowiek się pobawi, spotka z rodziną i znajomymi, i trochę pozwiedza przy okazji.

3 tygodnie temu polecieliśmy do Poznania na wesele przyjaciół stąd. Miasta mam niedosyt, bo tylko w sumie rynek obeszliśmy, ale jako że moja K. tam teraz mieszka, to okazji to powrotów na pewno będzie wiele. Ale to, co zobaczyłam, wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie – jest bardzo ładnie i czysto. Na kolację trafiliśmy do restauracji Tradycja na rynku, i przypadkiem wybraliśmy świetnie – bardzo dobre jedzenie, ciekawy wystrój, dobra muzyka i przemiła obsługa, która nas nie wyganiała pomimo późnej pory 🙂

Poznań 19

W piątek przemieściliśmy się do pobliskiego Swarzędza, gdzie było wesele. Po ceremonii w starym drewnianym kościółku wesele odbyło się w odnowionym budynku gospodarskim, gdzie za oknem jest urocze muzeum pszczelarstwa.

Poznań 2 19

Weekend był bardzo udany. Wybawiliśmy się, nagadaliśmy z dawno niewidzianymi znajomymi, odwiedziliśmy K., i tylko Poznania mam niedosyt, ale jak już napisałam – na pewno tam wrócę/ -cimy 🙂

 

A tydzień temu polecieliśmy w moje rodzinne strony. Po obiedzie w gospodzie zajechaliśmy do brata, poznać mojego nowego bratanka 🙂 Spaliśmy u moich rodziców, K. został ugoszczony po polsku codzienną wieczorną kolacją z przyszłymi teściami, a oprócz tego zorganizowaliśmy mu zwiedzanie zakładu mamy (niemającego nic wspólnego z farmacją, ale cokolwiek z chemią), i był też czas na spacer po sklepach. Wesele było udane – mniej szalone niż poprzednie, ale za to nagadałam się z kuzynami niewidzianymi od 20 lat, a K. spotkał całą moją rodzinę po raz kolejny. W niedzielę zabraliśmy go jeszcze w dwa sztandarowe miejsca – jaskinię Raj (od moje ostatniej wizyty stalaktyty urosły 3mm! Pytanie – ile lat temu tam byłam?) i ruiny zamku Chęciny. Pogoda przez cały weekend była przepiękna, 20 stopni i słońce, więc spacer się udał bardzo.

Kielce 19

Po rodzinnym obiedzie ruszyliśmy do domu. W drodze powrotnej spełniłam z rodzicami obywatelski obowiązek, czym przyczyniłam się do rekordowej 61% frekwencji, ale jak widać oba obozy tłumnie ruszyły na wybory…

W ten weekend zaliczyłam 3 spotkania towarzyskie, ale to już na zapas, bo cały listopad będę pracować na zmiany, wliczając weekendy (walidacji c.d.), z jedyną przerwą na wycieczkę do Budapesztu. Do tego mamy audyt.

Byle do grudnia….

Glendalough po raz kolejny

Chodziła za mną powtórka białego szlaku w Glendalough, który ‘kilka’ lat temu zrobiłam z bratem i kuzynem. Jak się okazało, bardziej 11 niż 7 (jak ten czas leci!), ale co się odwlecze… I tydzień temu w końcu wybraliśmy się tam z K.

Glendalough w Co. Wicklow jest szalenie malownicze. Jego wadą jest mnogość turystów, ale zaletą mnogość szlaków – krótkich i długich, łatwych i trudnych, a wszystkie ładne 🙂

Glendal sep 19 1

Mapka ma krótki opis każdego, stopień trudności, podejście, czas trwania itd. Biały szlak jest dość ciężki, zajmuje ok 3.5h, i można go obejść w dwie strony. Ja chyba bym polecała wejście od strony wodospadu – jest strome i męczące, ale wspinaczkę wynagradzają piękne widoki, potem się za to łagodnie i długo schodzi szlakiem i kręconą kamienistą drogą. W drugą stronę wejście będzie łagodniejsze, ale dużo dłuższe, a zejście strome.

Po drodze można podziwiać wysoki wodospad, wrzosowiska, podmokły teren trawiasty, rwącą rzekę w kamiennym korycie, wielkie głazy, jezioro i las…

Glendal sep 19 2

Z dzikiej przyrody to niestety trafiły się tylko niebieskie owce, kozły, żuk i gąsienica:

Glendal sep 19 3

Było mnóstwo ludzi, w tym turystów zagranicznych. Najwięcej na trasie do plaży przy dużym jeziorze, ale na szlakach też sporo, co jest małym problemem, gdy grupy idą w przeciwnych kierunkach – szlak jest wąski, a nie wszędzie da się z niego zejść.

Na pewno warto przyjechać raczej rano – my zaczęliśmy marsz przed 11 i skończyliśmy przed 15, idąc od visitor centre, czyli ładne 12km zrobiliśmy, a nadal byliśmy w domu w cywilizowanej porze obiadowej.

Ale do Glendalough można wybrać się nie tylko na marszrutę, ale i na piknik, badmintona, spacer z wózkiem wokół małego jeziora, sesję fotograficzną z uroczą kamienną wieżą, ruinami klasztoru i cmentarzem celtyckim. Dla każdego coś ciekawego 😉

Apdejt letni

Ależ ten czas leci… Dopiero był początek lipca, a już jest koniec sierpnia, i lato się kończy…

Stradb 2

Ale czas wykorzystany, pomimo mieszanej pogody – wakacje w domu i Rosji, potem grill okrągło-urodzinowy z pięknym tortem od sąsiadki, w bank holiday grill u przyjaciół (parapetówa spóźniona o 2 lata), w międzyczasie praca na zmiany bo leciały partie inżynieryjne (za miesiąc zaczynamy walidację procesu). W ten weekend pogoda dopisała, więc wykorzystałam szansę i obsmażyłam się po obu stronach po równo. Brak witaminy D mi nie grozi 🙂

Kilka tygodni temu pojechaliśmy też z K. do Dublina na dzień, zobaczyć się po raz ostatni tu w Irlandii z moją ukochaną K. Postanowili z mężem wrócić do Polski, Poznania dokładnie, gdzie on pracował zanim poznał K. i przyjechał tu. Na razie idzie trochę po grudzie, ale trzymam kciuki, żeby wszystko im się udało, i żeby K. nie żałowała decyzji o powrocie. Jej mąż był tu mniej niż 3 lata, ale ja i K. przyjechałyśmy półtora roku po studiach, więc de facto cała kariera zawodowa i dorosłe życie przez ostatnie 14 lat wiążą się nam z Irlandią… Z K. mieszkałam przez pierwszy rok pobytu tutaj i razem też pracowałyśmy, potem zamieszkałyśmy w innych miastach, ale trzymałyśmy stały kontakt i odwiedzałyśmy się w miarę regularnie. Na otarcie łez spotkamy się we wrześniu, kiedy to lecimy do Poznania na wesele przyjaciół, no i są w końcu bezpośrednie loty do tego miasta 😉 Póki co – powodzenia K.! Będę tęsknić xxx

K. jest na szczęście jedyną bliską mi osobą, która zdecydowała się na powrót. Reszta polskiej paczki trzyma się mocno! No i rok temu dołączyła do grona kolejna para, która z kolei przeprowadziła się tu, i na razie raczej nie żałują 🙂

 

Z innej beczki – w poniedziałek w sierpniowy bank holiday w końcu wybraliśmy się do Stradbally na Steam Rally. Tyle lat i nigdy się nie pofatygowałam! Bardzo ciekawa sprawa, bo można zobaczyć przeróżne silniki napędzane parą pochodzącą z kotłów węglowych, takie ciuchcie na kołach. Są też pokazane sposoby ich użytkowania – do cięcia desek, młócenia zbożna i wiązania go w snopki i inne. Eco-friendly to ten event nie jest – nad polem unosi się czarna chmura sadzy, która osiada na jasnych ubraniach i skórze. Mnie nawet zaczęła trochę boleć głowa od tego smrodu…. Ale na poprawę humoru można zjeść lody lub coś na ciepło, napić się piwa, przejechać karuzelą w małym wesołym miasteczku, no i pooglądać wszelkiej maści traktory i zabytkowe samochody. My byliśmy tam krótko, ale spokojnie można pojechać na pół dnia i zrobić sobie piknik. Są też inne atrakcje, na które się nie załapaliśmy – pokazy psów, wyścigi kosiarek itd. Warto się wybrać!

Stradb 1

 

Telewizyjnie teraz.

Obejrzeliśmy ostatnio 3-odcinkową serię ‘Trump dynasty’, o rodzinie Donalda, ale głównie oczywiście o nim samym. O kurde…. Ja wiedziałam, że to bufon, ale nie wiedziałam, że aż taki! I tego człowieka Amerykanie wybrali na prezydenta…..

Drugi pajac to Boris J., który będzie miał zaszczyt wyprowadzić Wielką Brytanię z UE.  Co za komedia……

 

 

 

ROSJA

Właśnie skończyłam oglądać 6 sezon serialu ‘Americans’. O kurde, ale finish… Serial jest o rosyjskich szpiegach żyjących w USA. Tajemnice są wykradane, trup się ścieli gęsto, i nikt nie podejrzewa swoich sąsiadów, najnormalniejszej amerykańskiej rodziny, o to, że są na usługach Matuszki Rosji. Jak to z serialami, jedne sezony były lepsze, inne gorsze, ale ten od połowy oglądałam jak świetny film sensacyjny, z zapartym tchem i na krawędzi kanapy! Ciekawe, czy to koniec, czy zrobią następny..?

Najbardziej interesujące z tego były rozterki głównego bohatera, który w końcu przestał wierzyć w Misję, i odszedł z firmy na tyle, na ile mu sytuacja pozwalała. Ciekawą rozmowę z żoną przeprowadził na temat tego, że część KGB chce odsunąć Gorbaczowa od władzy (jest rok ’87), i kłócili się o to, czego chcą ich rodacy. Rodacy, których na oczy nie widzieli od 20 lat! I kazał żonie zadać sobie pytanie, po co coś robi, bo przeważnie ich misje wymagały bezrefleksyjnego likwidowania celów. Lepiej późno, niż wcale, jak to mówią. Więcej pisać nie będę, gdyby ktoś chciał sobie obejrzeć…

Dążę do tego, że lojalność wobec ojczyzny to jedno, ale ślepa wierność krajowi, ktory wysłał cię na misję naście czy dziesiąt lat temu, gdy stworzyłeś sobie w miarę normalne życie gdzie indziej, wymaga niezłego wyprania mózgu. Albo wielkiej charyzmy tegoż kraju, jeśli można mówić o charyzmie w kontekście miejsca.

A Rosja charyzmę ma.

Mogę to potwierdzić.

Ponieważ piłam okrągło-urodzinową wódkę w Sankt Petersburgu!

Ale po kolei.

Nie będę pisać o historii, bo ten kraj ma jej dużo, a największą chlubą są Piotr Wielki i caryca Katarzyna, która nam akurat kojarzy się źle. O czasach bardziej współczesnych też nie muszę pisać, bo symbol przyjaźni rosyjskiej dumnie góruje nad Warszawą 😉

O ludziach też nie napiszę, bo po pierwsze wycieczka była lotnicza, a nie autokarowa, a po drugie jak się wszędzie chodzi z przewodnikiem, to ze zwykłymi ludźmi się nie pogada.

Ale mogę za to napisać o miejscach i wrażeniach.

Zwiedziliśmy z rodzicami w tydzień dwa najważniejsze miasta rosyjskie, Moskwę i Sankt Petersburg. Petersburg mnie rozczarował, ale Moskwa oczarowała 🙂

 

Bigger, better, more! Tak można w skrócie określić Moskwę. Tam wszystko jest wielkie – czy to place, czy parki, czy bloki mieszkalne.

Nasz hotel był częścią kompleksu postawionego dla sportowców olimpijskich ’80 – 4 hotele (Alfa, Beta, Delta i Gamma) są w stanie pomieścić tysiące gości, restauracje to molochy, a korytarze na dole są wyłożone marmurem! Widok z hotelu znakomity:

Moskwa hotel

W centrum, niedaleko placu czerwonego, jest nowiutki park, powstały na miejscu zburzonego hotelu Europa. Po latach wielki teren w końcu zagospodarowano, i zrobiono nowoczesny park z kładkami spacerowymi, skąd są piękne widoki. Pałaców takich jak PKiN jest tam siedem, wszystkie masywniejsze od naszego! Na zdjęciach naliczyłam 4, bo są rozsiane po mieście, więc nie wszystkie widzieliśmy:

Moskwa palace

Poszliśmy też na spacer na dawne tereny wystawowe WDNK. Przeogromny teren, z fontannami i pawilonami należącymi do wszystkich (teraz byłych) republik radzieckich, każdy w innym stylu. Miejsce na spacery, rolki, rowery, lody i watę cukrową. Wszystko wyasfaltowne. Zmówiliśmy się, że kostka by lepiej wyglądała, ale boję się myśleć, ile ton kostki trzeba byłoby wyprodukować, żeby ten teren wyłożyć!

Moskwa park

Plac Czerwony jest duży, z jednej strony ogrodzony murem Kremla, a z drugiej ładnym długim budynkiem galerii handlowej GUM. Weszliśmy do środka i mnie zatkało! Znacie galerię Vittorio Emanuela II w Mediolanie? No to ta jest podobna. Tylko, że 5 razy większa… 2- i 3-piętrowa, z galeriami sklepów, przeszklonym dachem, kwiatami, rzeźbami, ruchomymi schodami, i nawet fontanną!

Moskwa pl czerw

Zwiedziliśmy oczywiście Kreml i galerię Trietiakowską, pojechaliśmy też do zespołu cerkiewnego Siergijew Posad. W cerkwiach urzekły mnie wielkie ikonostasy, malowidła i mozaiki, i słodki zapach woskowych świeczek. Byliśmy też na cmentarzu Nowodziewiczym, urokliwym, zielonym i starym typu nasze Powązki, gdzie leżą znakomitości jak Bułhakow czy Jelcyn.

Na koniec coś, gdzie co chwila robiliśmy WOW! Na własną rękę zobaczyliśmy kilka stacji słynnego moskiewskiego metra, głównie linii brązowej i granatowej. Cuda architektury i sztuki! Niektóre z lat 30-tych (art-deco), inne z 50-tych (socrealizm), każda stacja inna – na jednej witraże, na innej mozaiki, rzeźby czy malowidła, piękne zdobienia i gzymsy, a wszędzie marmury!

Moskwa metro

Ale przede wszystkim było CZYSTO, żadnych śmieci czy gum na ziemi, nic nie śmierdziało jak w metrze londyńskim. Zresztą same miasta też czyściutkie.

Po kilku dniach zwiedzania stolicy wsiedliśmy w nocny pociąg z kuszetkami do Petersburga. To była najmniej ciekawa część wycieczki – po całym dniu w Moskwie prosto do pociągu, a o 5 rano pobudka, przejazd do hotelu na śniadanie i od razu zwiedzanie miasta. No ale cóż, wszyscy śmierdzieli tak samo 😉

O Petersburgu miałam wyobrażenia nijak nie przystające do rzeczywistości. Nazywany jest Wenecją Północy, a Wenecja jest stara, urocza i pełna pięknych kamienic i mnóstwa małych kanałów. Petersburg nie jest stary (budowę zaczęto w 1703r.), kanały są szerokie, kamienice wielkie, i słowo ‘uroczy’ w ogóle mi do niego nie pasuje. Rozczarował mnie jednym słowem.

Zwiedzanie zaczęliśmy od rejsu statkiem; wrażenie robi wypłynięcie na Newę, jak na wielkie jezioro:

Petersb miasto

Potem zobaczyliśmy twierdzę Pietropawłowską, i poszliśmy też zwiedzić Ermitaż. Tam warto iść! Przepiękne wnętrza, zwłaszcza podłogi z kilkunastu gatunków drewna, i dzieła sztuki wielkich artystów, w tym nawet Leonarda czy Michała Anioła. Przy okazji dowiedziałam się od naszej rosyjskiej przewodniczki (może jakiś skrót myślowy to był), że rosyjscy wieśniacy mieli chaty urządzone meblami przypominającymi nasz styl Gdański, a wieśniaczki lubiły nosić perły 😉

Petersb Ermitaz

Dzień moich urodzin spędziliśmy zwiedzając dwa piękne miejsca. W Peterhofie przeszliśmy się po fantastycznych wielkich ogrodach pełnych ciekawych fontann, a w Carskim siole – letniej rezydencji carów – ogrody nie powalały (Katarzyna fontann z kolei nie lubiła), ale za to wnętrza skrzyły się od pozłoceń, luster i kryształów. No i nastąpiło kolejne rozczarowanie, bardzo niespodziewane… Jest tam replika zaginionej Bursztynowej komnaty. Każdy ma chyba jakieś jej wyobrażenie, i moje było o pokoju wyłożonym kaflami z plastrów rzeźbionego bursztynu; mama z kolei myślała, że ściany będą wyłożone mozaiką z drobnego kamienia. A było coś pomiędzy – kasetony z mozaiki średniej wielkości bursztynów o różnych kolorach, z dekoracjami z wyrazistszych odcieni, np. ciekawego czerwonego. Tłumy ludzi, kilka minut w środku, zdjęć nie można robić oczywiście, więc zrobiłam tylko fotki zdjęć z wizyt osobistości. O co cały ten szum, nie wiem…

Petersb Peterhof i Carskie siolo

Hotel był dużo nowocześniejszy niż ten moskiewski, a widok miałam z okien przedni. Jak już napisałam, urodzinowy toast wznieśliśmy dobrą wódką – kto by pomyślał, że pielmieni i pizza doskonale się z nią komponują! 🙂

Petersb hotel

Przypomniałam sobie cyrylicę. Uczyłam się tylko w liceum, i na początku serdecznie rosyjskiego nie cierpiałam, i miałam tylko tróję – jak nie ja! Ale w ostatniej klasie coś zaskoczyło, język mi się spodobał i wyciągnęłam na 5.

Najadłam się pielmieni i ciemnego chleba, i spróbowałam ruskiej wódki. Przywiozłam nawet butelkę Bieługi – dobra, ale ta w hotelu lepiej smakowała 😉

Ceny w Moskwie czy Petersburgu są niższe niż tu w Irlandii, ale wyższe niż w Polsce. Piwo w hotelu (Kozel z butelki) 3.5e, lane lokalne droższe! Pizza 7e. Metro przejazd do bólu (bez wychodzenia na górę) 80c. Spojrzałam na ceny zegarków, ale były droższe niż tu, a przecież niby podatek można odliczyć??

I tylko jednego było w nadmiarze… turystów chińskich! Jest ich dużo i są głośni, i nie da się ich ignorować…

Na liście szlaków marzeń mam kolej trans-syberyjską. Na pewno wrażenia byłyby zupełnie odmienne! Póki co nie mogę powiedzieć, że widziałam Rosję, bo widziałam malutki i niereprezentatywny jest fragment, ale to, co widziałam, było interesujące i/lub wielkie i/lub piękne. Nie ma tam nic przeciętnego.

Atom – nie taki straszny!

Już dawno miałam napisać, tylko nie miałam czasu, a jest o czym. Krótki serial o katastrofie w Czarnobylu robi wielkie wrażenie na wszystkich go oglądających, i był tematem nr 1 podczas rozmów śniadaniowych przez kilka tygodni. W Polsce niestety można go obejrzeć tylko na HBO lub Internecie, ale w Irlandii SKY od razu go pokazał.

Uwaga – spoiler alert!

Serial bardzo dokładnie ukazuje moment wybuchu reaktora, panikę tuż po, ignorancję władz, usiłowanie zbagatelizowania awarii i jej wpływu na okolicę, potem przesiedlenia, oczyszczanie terenu, i wreszcie – wisienka na torcie – proces i szczegółowy opis krok po kroku tego, jak działa reaktor, i jak doszło do wybuchu.

Wbił nas w fotel i jest jednym z najlepszych programów ostatnich lat, zdecydowanie. Sama pamiętam picie płynu Lugola, ale nigdy się nie zagłębiłam w to, co naprawdę wtedy się stało, a tu jest wszystko podane na tacy.

Nie wiem, jak inni, ale my z K. na fali zainteresowania obejrzeliśmy też kilka dokumentów. Jeden pokazywał oryginalne ujęcia z czasu tuż po katastrofie (serial bardzo wiernie je odwzorowuje) i  wywiady z uczestnikami wydarzeń i synem głównego bohatera. Film jest nieco podkoloryzowany i udramatyzowany,  i na przykład te kilka scen nieco wprowadza w błąd:

– rozbicie helikoptera po przelocie nad reaktorem. Widz nie wie, czy to promieniowanie, czy temperatura, i nic nie jest wyjaśnione, ale w rzeczywistości helikopter wpadł po prostu na druty wysokiego napięcia…

– górnicy pracujący nago przy wykopie tunelu pod reaktorem. W rzeczywistości pracowali (tak twierdził udzielający wywiadu górnik) w kombinezonach 🙂 a tunelu nigdy nie wykorzystano, i zalano go betonem. Przeszacowano zdolności rdzenia do penetracji ziemi i skażenia wód gruntowych. W ogóle władze poruszały się po omacku, i wiele decyzji było podjętych pochopnie lub niepotrzebnie, np. wybijanie zwierząt.

– umierający operator ‘zarażający’ promieniowaniem ciężarną żonę – tak sugerowały plastikowe kurtyny i wiadomość, że dziecko w brzuchu pochłonęło promieniowanie. W rzeczywistości ciało pochłonie dawkę i zostanie uszkodzone, ale nie promieniuje dalej! Kurtyna była ochroną pacjenta przed zakażeniem, bo układ immunologiczny przestał istnieć, a chory miał otwarte rany. Więc ani żona, ani płód nie pochłonęłyby dawki od chorego. Promieniujące ubrania strażaków to fakt, bo nie zostały nigdy uprane, dlatego też pucowano auta, ciężarówki i ludzi przyjeżdżających ze skażonej strefy – co na zewnątrz, można zmyć, ale co pochłonęło ciało, to jego. Promieniowania jest kilka rodzajów i w zależności od wielkości cząstki jej prędkość, przenikanie i wyrządzone szkody będą różne. Przed niektórymi ochroni zwykłe ubranie, ale przed innymi tylko ołowiany ekran.

– informacja, że za wadliwym projektem reaktora stały oszczędności. Naprawdę problem był w tym, że reaktor w Czarnobylu miał dwojaką funkcję, cywilno-wojskową, i w razie wojny mógł posłużyć do produkcji bomby atomowej. To wymusiło inną budowę niż normalnego reaktora, a problem był w tym, że z racji tajności informacji nawet pracownicy elektrowni nie wiedzieli o szczegółach, i nie zdawali sobie sprawy, co może wywołać niekontrolowaną reakcję. No i ta niewiedza, plus liczne nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, doprowadziły do wybuchu…

 

Kolejny dokument pokazywał fascynujący proces budowy i instalacji nowego sarkofagu w 2016 – inżynieryjna perła! Wytrzyma on 100 lat, ale w międzyczasie roboty zainstalowane w środku mają oczyścić uszkodzony reaktor z radioaktywnych materiałów. Bardzo polecam!

Pogooglowałam też sobie info o promieniowaniu i znalazłam wywiad z 2011 z profesorem Zbigniewem Jaworowskim, specjalistą od skażeń, i artykuł z opracowania  ‘Promieniowanie, zdrowie i społeczeństwo’ autorstwa dra Bjoern’a Wahlstroem’a. Same fakty – skąd się bierze promieniowanie, jego rodzaje, jak je zmierzyć, wpływ na środowisko i ciało ludzkie, choroby wywołane przez różne dawki itd. Jest również studium Czarnobyla po katastrofie wtedy i teraz. Fascynujące dane!

Okolice Czarnobyla są obecnie bardzo mało skażone, oprócz terenu tuż przy reaktorze, i spokojnie można go zwiedzać, a ponoć nawet tam znowu zamieszkać. Przyroda tak zrobiła – okoliczne lasy są zasiedlone przez żubry, wilki czy jelenie, posiadające dwoje oczu i cztery nogi, bardzo zadowolonych z  nieobecności ludzi 😉 Wpływ promieniowania na ludzi też jest mocno przereklamowany. Bardzo wysokie dawki zabiją ‘od razu’ czyli w ciągu kilku miesięcy  – stąd oficjalna liczba 31 ofiar Czarnobyla, wliczająca 28 strażaków, którzy umarli na chorobę popromienną, i 3 ofiary wybuchu, pożaru i ataku serca. Dawki mniejsze i rozłożone w czasie nie skutkują natychmiastową poważną chorobą, ale mogą przyczynić się do raka w późniejszym okresie życia. Jednak jedyny rak bezpośrednio powiązany z katastrofą w Czarnobylu to był rak tarczycy u dzieci – 1000 do 1800 przypadków w większości wyleczonych (95% skuteczności). Tarczyca pochłania jod, a po wybuchu pochłaniała jod radioaktywny – stąd prewencyjne podawanie tabletek z jodem lub płynu Lugola po katastrofie, w celu nasycenia tarczycy ‘dobrym’ jodem zanim pochłonie ten radioaktywny (przy czym podanie powinno nastąpić jak najszybciej, a nie miesiąc po wypadku). Ciało ludzkie ma dobre mechanizmy obronne i naprawcze, i pojedyncze mutacje genów spowodowane promieniowaniem zostaną naprawione lub nie zostaną powielone. Potrzeba sporej dawki oddziałującej na konkretne komórki w krótkim okresie czasu, żeby wywołać poważną szkodę, której nie da się naprawić. Wpływ małych dawek na ciało nie jest jednoznacznie zbadany, i są nawet teorie mówiące, że małe dawki promieniowania mają wręcz pozytywny wpływ na układ obronny organizmu!

Tysiące ofiar Czarnobyla (w domyśle –promieniowania) to mit. Najgorsze potwierdzone skutki katastrofy w Czarnobylu miały… przesiedlenia ludności. Stres, niedożywienie, strach i nagła przeprowadzka w inne miejsce znacznie poważniej odbiły się na zdrowiu niż promieniowanie, i poskutkowały problemami z uzależnieniami i chorobami psychosomatycznymi.

Więc promieniowanie nie jest takie złe i straszne, jak je malują.

Fakty mówią same za siebie – budowa reaktora jest czasochłonna i droga, ale jak już jest, to energia z niego pozyskiwana jest czysta, tania i niezależna od koniunktury, bo 1 wagon uranu starcza na rok produkcji prądu! Obecnie budowane reaktory są bardzo bezpieczne, a największym problemem jest składowanie radioaktywnych odpadów (ale coraz więcej będzie ponownie używane w tzw. cyklach zamkniętych). Tylko w przypadku wypadku jak w Czarnobylu lub Fukushimie i katastrofy ekologicznej pojawia się poważne zagrożenie, ale po pierwsze jest ono ekstremalnie rzadkie, po drugie powinno być  mocno lokalne i ograniczone do strefy wokół reaktora. Ja w każdym razie jestem ZA i uważam, że powinno się postawić na atom w połączeniu z OZE – wiatrakami czy panelami słonecznymi. (Polska za to dumnie stoi węglem, a rząd wkurzył UE, która nie da kasy na wymianę pieców na bardziej ekologiczne.)

Mam nadzieję, że nie tylko mnie obejrzenie serialu skłoniło do obejrzenia/ poczytania większej ilości informacji na temat nie tylko samej katastrofy, ale i energii atomowej i promieniowania w ogóle. Na pierwszy rzut oka serial może zniechęcać do atomu, ale po głębszej analizie jest wręcz odwrotnie. A w przyszłości chętnie pojadę zwiedzić Czarnobyl.