Hike 3 – Mount Leinster

Nie wiedziałam, że w Irlandii trudniej się chodzi po ‘górach’, niż w Tatrach! 🙂

Tydzień temu poszliśmy z naszego klubu zdobyć Mount Leinster, 794 m n.p.m., i Blackstairs Mountains na granicy co. Carlow i Wexford. Podłączyliśmy się pod inną grupę, więc razem było ze 25 osób. Wyciągnęłam też K., który potem mi wyrzucał, że nie tego się spodziewał. No cóż, ja też nie!

Zrobiliśmy 19-kilometrowe koło, wspięliśmy się ze 170m na 785m (w/g smartwatcha koleżanki), z trzema krótkimi postojami zeszło nam prawie 7 godzin (miało być 5…). Przewodnik bardzo żwawym tempem wspinał się na kolejne górki. W sumie było 2 długie i strome podejścia, 2 strome ale krótkie, i jeszcze 2 umiarkowane. Po sobotnich robotach w ogrodzie nogi miałam zmęczone, i niestety szybko to odczułam – musiałam robić sobie dużo krótkich przerw, bo mięśnie odmawiały współpracy. Za to K. jak kozica górska wyrywał do przodu z czołówką grupy! Widoki były piękne, pogoda dopisała, ale spokojnie można było rozbić ten spacer na 2 krótsze. Nogi czułam jeszcze przez 3 dni….

Hike Mount Leinster May 19

 

W domu od kilku tygodni doprowadzaliśmy otoczenie do porządku – odmalowałam wszystkie murki, znajomy odświeżył dom, z K. odnowiliśmy i wyczyściliśmy patio, więc teraz tylko zostaje z tego korzystać, weather permitting. Jabłonka ma mnóstwo owoców, juka kwitnie, pierwszy irys też. Po wycięciu tui odbił łubin i lawenda 🙂

ogród Jun 19

I sezon grillowy został rozpoczęty! Wczoraj zrobiłam pierwsze bbq, pogoda dopisała pomimo kiepskich prognoz, towarzystwo też, było super 🙂

 

Advertisements

Wyborczo

Od przyjazdu do Irlandii nigdy nie głosowałam w wyborach, ani polskich, ani irlandzkich (miałam prawo głosować w lokalnych na przykład). Wychodziłam z założenia, że już nie mieszkam w Polsce, więc nie mam prawa decydować, kto tam rządzi (no chyba że miałabym zamiar wrócić w określonej przyszłości), oraz nie czułam się jeszcze pełnoprawnym członkiem społeczeństwa irlandzkiego, żeby głosować tu. Aż do zeszłego roku. Odkąd uzyskałam obywatelstwo irlandzkie, zagłosowałam w referendum, odpuściłam wybory prezydenckie (Michael D. wygrał przeważającą większością głosów, więc tak czy inaczej mój głos nie miałby znaczenia), a tydzień temu oddałam głos w wyborach lokalnych, europejskich i referendum w sprawie rozwodów.

Przyznam, że nie śledziłam debat, a decyzję podjęłam na podstawie ulotek, opisów kandydatów (konkrety czy ogólniki, wykształcenie itd.) i komentarzy K. Dowiedziałam się przy okazji trochę o systemie głosowania, a jest on dość skomplikowany…

System o imieniu Proportional representation with a single transferable vote (PR-STV) jest używany tylko w Irlandii i na Malcie. W większości krajów stawia się jeden krzyżyk przy wybranym kandydacie i zwycięża ten, kto ma najwięcej głosów. W systemie irlandzkim lista kandydatów to długi pas papieru, z imionami, zdjęciami i nazwami partii. Przy każdym jest okienko, gdzie głosujący wpisuje 1 przy kandydacie preferowanym, potem 2, 3 itd. Można wstawić kilku lub wszystkim, ale policzą się raczej pierwszych kilka. Ja głosowałam według osób, więc przemieszałam kandydatów różnych partii, ale zwolennik partii np. Labour czy FG powinien oddać głos 1 i 2 na kandydatów tej partii, a dopiero potem na kolejnych.

Liczenie głosów to skomplikowany proces! Najpierw segreguje się listy i liczy kandydatów z nr 1. W zależności od ilości oddanych ważnych głosów liczy się quota, czyli minimum potrzebne do obsadzenia stanowiska. Jeśli kandydat przekroczy to minimum, to dostaje stanowisko, a  nadmiar głosów jest rozdzielony pomiędzy dwójki proporcjonalnie to ilości oddanych na nie głosów. Jeśli dwójka przekroczy minimum, to nadmiar przechodzi na trójki, itd.

Czasem liczenie głosów trwa kilka tygodni. Np. są 4 miejsca, 3 wiadomo, kto dostał, ale o czwarte jest dyskusja, bo kandydatów dzieli niewielka (np. kilkaset) liczba głosów. Wtedy kandydat przegrywający może zażądać pełnego przeliczenia głosów – tak stało się teraz na południu Irlandii, gdzie kandydatka Sinn Fein po 18 liczeniach miała o 300 głosów mniej niż inna posłanka.  Pełne przeliczenie zajmie ze 4 tygodnie….

 

 

 

Hiking 2

Drugi wypad z Hiking social club odbył się tydzień temu (pracowałam na zmiany i nie mogę uwierzyć, że to było TYLKO tydzień temu! Po kilku dniówkach, 2 nockach i wolnym środku tygodnia wszystko jest poprzestawiane…). Tym razem poszliśmy z innym klubem z Laois, którego członka zapoznałam na basenie. Zaczęliśmy gadać kiedyś w saunie i się okazało, że jego hobby to hiking, i że chodzi 2-3 razy w tygodniu. Potem dał mi ulotkę, ja przekazałam ją koleżance, a ta zorganizowała wypad do Co. Laois, Glenbarrow Eco walk. Szliśmy 3 godziny, nabiliśmy chyba 8km. Część trasy była drogą, a część na przełaj przez las (las niestety nie taki prawdziwy, ale zawsze to drzewa). Mijaliśmy rzeczki, wodospady, opuszczona wioska nawet się trafiła, przełaziliśmy przez zwalone pnie, skakaliśmy po błocku, ale najbardziej urocze było torfowisko z drewnianymi kładkami. Nowe buty do hikingu z Lidla się sprawdziły 😉 Pogoda znowu dopisała – oby tak zawsze!

Hike Glenbarrow Laois Mar 19

 

Biała biel, czyli piękna Norwegia

Wizja ujrzenia na własne oczy zorzy polarnej chodziła za mną już od 2 lat, więc w końcu zarezerwowałam przyuważoną rok temu wycieczkę i bilety do Tromso, miasta za kołem podbiegunowym.
Najpierw negatywy, żeby z głowy było 😉
Nie pomyślałabym, że istnieje tania linia lotnicza gorsza od Rajanera, ale jednak, Norwegian wygrywa ten konkurs! Na dzień dobry wyskoczyliśmy z 66 euro za ‘nadbagaż’. Spakowałam tylko podręczny, małe walizki i małe plecaki, ale z informacji na stronie nie było dla mnie jasne i oczywiste, że limit 10kg obowiązuje na łączną wagę dwóch sztuk… Razem mieliśmy 3kg za dużo, 11e za kg, a że lot przez Oslo, wyszło 66e. Piękny początek….. Samoloty jakieś ciasne – K. narzekał, że nogi mu się nie mieściły, a nie jest jakiś wysoki, i nawet ja miałam problem z sięganiem pod nogi po plecak, co nigdy się nie zdarza :-/ Na koniec podczas powrotu sama skiepściłam, bo zapomniałam zabrać portfel z kieszonki po wylądowaniu w Oslo. Był to portfel zapasowy, bo zawsze taki zabieram na obce waluty, z raptem 100NOK wartymi 10e, i moją kartą debetową. Jak tylko się zorientowałam, poszliśmy do helpdesku Norwegian, ale pani nie mogła się dodzwonić do bramki. Kartę zastrzegłam, a portfel został zlokalizowany na stronie lost & found lotniska. Przyjemność odzyskania go to… 70euro! Już się mocno zastanawiałam, czy nie machnąć ręką, ale jakoś go lubię (kiedyś podwędziłam go tacie, i skóra w dodatku ;-)). Za gapowę się płaci, i to słono!
Płaci się też za wszystko w Norwegii, i to niemało. Kasa leci strasznie – atrakcja typu psi zaprzęg czy polowanie na zorzę to 120-190euro, małe piwo 8-9e, duże 10-11e, burger w barze minimum 18e, przejazd kolejką linową 20e. Najtańszy posiłek ostatniego dnia zjedliśmy w burger kingu, ale za to nadrobiliśmy piwami 😉 Mieliśmy wykupiony pakiet, gdzie hotele, atrakcje, transport pomiędzy hotelami i część posiłków były wliczone, ale i tak przez 2 dni podróży i 4 dni tam wydaliśmy ponad 500e!
No to tyle narzekania. Bo poza powyższymi, mam same dobre wrażenia i wspomnienia.
Jest to przepiękny kraj. Mieliśmy okazję zwiedzić tylko mały kawałek na dalekiej północy, spore miasto Tromso i oddaloną o godzinę drogi wioskę rybacką Sommaroy, i pooglądać widoki podczas przejazdów. Ośnieżone góry i pagórki (nawet drogi były białe, ale opony mają specjalne metalowe bolce), turkusowe morze, niebo raz błękitne, a raz stalowo szare, złoty poblask od niskiego słońca – zdjęcia wyszły cudne, a na żywo było jeszcze lepiej!
Turyści dopisują. Strasznie dużo było Azjatów, chyba Chińczyków, ale i polski język słyszałam co krok.
W malowniczym Tromso spędziliśmy sporo czasu, tak akurat żeby połazić po mieście, przysiąść tu i tam, i zaliczyć kilka atrakcji. Ulice są ładne, z drewnianymi zabytkowymi domami , i sklepami z egzotycznymi wystawami – można zobaczyć głowę łosia czy wypchanego niedźwiedzia polarnego 🙂 . W sklepach i pamiątki, i wełniane swetry za 200e, ale i profesjonalny sprzęt rybacki czy… strzelby! Bardzo ciekawa jest nowoczesna architektura – hotele mają przeróżne bryły, wyspy łączą lekkie powyginane mosty, a o uwagę konkurują dwa kościoły – drewniany i nowoczesny, udający górę lodową (Arctic cathedral). Poszliśmy do Polar museum, opisującego historie polarników. Niektóre upozorowane scenki wywołują smutek lub niesmak – polowanie na małe foczki czy niedźwiedzia polarnego (co innego przeżyć w dziczy, zdobyć nowe przyczółki, a co innego zabić 700 niedźwiedzi czy tysiące foczek na skóry czy trofea…). Ale można też zobaczyć wypchane przeróżnej wielkości foki, wielki szkielet morsa czy apteczkę polarników (wypatrzyłam Rivanol!). Wypiliśmy też zimne piwo z lodowej szklanki w lodowym barze Magic Ice, gdzie stoły i ławy są z lodu, a ściany zdobią piękne płaskorzeźby – od spodu wyrzeźbione w lodzie. Na koniec wjechaliśmy też w poszukiwaniu zorzy kolejką na górę, skąd roztacza się piękna panorama okolicy – my widzieliśmy Tromso by night, ale w dzień widok musi być nawet lepszy, bo na wszystkie okoliczne wyspy. Port z łodziami wycieczkowymi czy wielkimi statkami rejsowymi też jest bardzo malowniczy.
Tromso_town
Jedną z atrakcji była wycieczka łodzią. Miała być RIB, czyli taka zmechanizowana tratwa, ale na szczęście przewodnik uznał, że jest za zimno (było -6 ale na wodzie -15), i popłynęliśmy w 4-godzinny rejs dużym statkiem z wygodami. Wychodziliśmy na pokład, kiedy nam pasowało, piliśmy kawę i herbatę, i relaksowaliśmy się maksymalnie, przy okazji wyglądając wildlife, czyli dzikiego zwierza. Wielorybów już niestety nie było, bo odpływają w połowie stycznia, i żadna spóźniona orka też się nie napatoczyła, ale widzieliśmy jednego renifera i mnóstwo orłów morskich i kormoranów. Do tego niesamowite widoki wody i gór, ze zmieniającym się światłem – cudo!
Tromso_boat
Drugą atrakcją była wizyta na farmie psów husky i przejazd psim zaprzęgiem. Farma największa w Norwegii, a właścicielka trenuje też psy wyścigowe. Widać komercję – autobusy podjeżdżają regularnie, ale psy są prawdziwe i przyjazne, a przejażdżka to fajne doświadczenie 🙂 (można oczywiście na necie znaleźć różne farmy, ale ta była w pakiecie). Dobrze, że wzięliśmy kombinezony i snow boots, bo w pędzie jest zimno, a śnieg głęboki. Nieco uroku odebrał fakt, że zostałam skrytykowana, bo psy nie powinny dogonić poprzedniego zaprzęgu – ale moje psy były żwawe, a zaprzęg przed nami ciągle hamował, więc co chwila go doganialiśmy, a ja przejechałam 3/4 trasy na hamulcu. W połowie trasy wyprzedziliśmy wolne sanki i zamieniłam się z K., bo miałam dość wysłuchiwania wyrzutów – ja rozsiadłam się w saniach i pstrykałam fotki, a K. zachęcał psy do biegu (wydawał dziwne odgłosy w stylu cziiip cziiip, ale działało :)). Potem wygłaskaliśmy nasze psy i zostaliśmy oprowadzeni po farmie, a na koniec w namiocie podano lunch – zupę z mięsem renifera, specjał Samów, ludności tubylczej. Psy jak widać to nie standardowe husky, i wyglądają mizernie, ale mają ciepłe podwójne futro i są silne (potem na Sommaroy widzieliśmy też malamuty, ale tym było chyba aż za ciepło, bo jeden jadł śnieg- one znoszą do -40!). Mogę sobie tylko wyobrazić, że na otwartej przestrzeni, bez wolnego zaprzęgu z przodu, taka jazda to czysta przyjemność, bo widoki piękne, śnieg skrzypi, a psy równo biegną. Jedynym mankamentem było to, że są niestety w stanie w biegu się załatwić, więc momentami zapach był nie bardzo 😉
Husky_farm

 

Na 2 noce przenieśliśmy się do Sommaroy. Mała rybacka mieścina, popularna ze względu na naturę, chyba nawet bardziej latem niż zimą – koralowe plaże, turkusowa woda i wysepki były malownicze i teraz, a latem to musi być raj dla kajakarzy. Poszliśmy na dwa długie spacery, pooglądaliśmy lokalne domy z suszącymi się rybami, a widoki – bajka! Hotel serwował wyśmienite jedzenie, dawno tak nie jadłam.
Sommaroy
No ale clue programu miało być ujrzenie zorzy polarnej, Aurora Borealis, Northern lights – w końcu po to tak daleko pojechaliśmy…
No więc zorzę widzieliśmy, ale nie było to nic przypominającego zdjęcia z internetu! K. żartuje, że to ściema, a ludzie wracający z wypraw za koło polarne wstydzą się przyznać, że nie widzieli zorzy, lub wygląda inaczej, niż się spodziewali…
Przyjechaliśmy do hotelu wieczorem, a po rozpakowaniu bagaży i wczesnej kolacji mówię do K., żeby wyjść na zewnątrz zobaczyć, czy nie ma zorzy. Wyszliśmy na parking przed hotelem, patrzę w rozgwieżdżone niebo, a tak, nad pobliską górą po lewej stronie, coś majaczy. Coś wyglądało jak chmura, która za chwilę przybrała zielony odcień… Zaczęłam skakać i mówić do K., to to, to zorza!  Zorza zmienia się szybko, i za chwilę się nasyciła, a po prawej na niebie pojawił się długi zielony pas, podbarwiony na czerwono. Usiłowałam zrobić zdjęcia, ale żadne nie wyszło, bo światło nie było silne. K. jeszcze z kolei nie wiedział, że jego komórka prawdopodobnie zrobiłaby zdjęcie po zmienieniu ustawień, ale nauczył się tego dopiero nazajutrz 😦 Tego wieczoru wracaliśmy do hotelu na herbatę czy drinka i potem wychodziliśmy znowu, w sumie 3 razy. Raz chmura nad górą przypominała zielony ogień 🙂 a na koniec wszystko zniknęło…
Widziałam ludzi z profesjonalnym sprzętem, aparatami i statywami, i to wyjaśnia fenomen zdjęć – aparaty są czułe, czas naświetlania długi, i zorza (a także tło) wygląda jaśniej i bardziej kolorowo niż to, co się widzi na żywo. Na pewno zdarzają się noce z fantastycznymi zorzami, ale koleżanka w pracy, która spędziła kilka tygodni na Alasce, mówi, że przeważnie wygląda tak, jak ja to opisałam.
Następnego wieczoru mieliśmy zarezerwowaną w pakiecie ‘Northern Lights tour’, za którą przewodnik, jak się potem dowiedziałam, zdziera 55e od osoby. Takie wycieczki z Tromso kosztują ponad 100e, ale są chyba bardziej profesjonalne! Tu pan H. wsadził nas do auta i powiózł…. nie, nie w siną dal, z dala od miasta, w środek lasu lub polany, tylko 3 minuty od hotelu, na prywatną działkę, i tam nas zostawił w towarzystwie jakiejś Szwedki. Była tam drewniana chatka z kawą i herbatą, ogrzewaniem i toaletą, ale co z tego. Zorzy tej nocy nie było, bo było pochmurno, a potem zaczął padać śnieg. Po 2 godzinach wróciliśmy do hotelu.
Zorzy nie jest tak łatwo zobaczyć, jak się okazało. Na 5 nocy, kiedy byliśmy w Norwegii, w dwie sypał śnieg, jedna była czysta i widzieliśmy zorzę, a dwie kolejne noce były pochmurne ale się przecierało i było widać niebo (wtedy pojechaliśmy kolejką na górę, żeby zwiększyć szanse). Co z tego, skoro zorzy ani widu. Bo ona może się pojawić ale nie musi, może o 19, a może o 3 nad ranem, gwarancji nie ma. I tak mieliśmy szczęście, że widzieliśmy ją raz. Ale dowodu nie mam 😉
Norwegia zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, poza szokującymi cenami oczywiście. Ponoć wyemigrowało tak 250 tys. Polaków, w tym moja kuzynka z mężem. Jeśli oni oszczędzają, to chyba nie wychodzą za często…
Chętnie kiedyś tam wrócę, może latem?

Hill walking

Taki szybki post z kilkoma fotkami. W pracy zakładają się social cluby typu soccer, jogging, a jeden z nich (sama na niego głosowałam) to hill walking/ hiking. Dziś był pierwszy próbny wypad z profesjonalistami (sami chodzą 2-3 razy  tygodniu, nawet po nocy!!), i lepszego dnia nie mogliśmy trafić – słońce, rześko, śnieg na trasie, i fantastyczne widoki 🙂 Jeszcze zanim wyszliśmy, panowie przewodnicy mocno skrytykowali moje skórzane buty, i jeden z nich przywiózł mi trekkingowe buty córki! Były oczywiście za duże, więc miałam 2 pary skarpet na sobie, ale o dziwo bez problemu przeszłam 11 km, co zajęło nam 3.5h z przerwą na lunch. Szybko się przekonałam, że mieli absolutną rację, bo śnieg na górze był do kostki i momentami nawet głębszy! Na pewno wkrótce zakupię parę, i do tego ochraniacze (gaters bodajże), bo na śnieg i błoto to mus. Zaimponowałam im trochę wzmianką chodzenia po Tatrach (że raptem kilka razy i 20 lat temu to szczegół ;-)) i ich bardzo do odwiedzenia polskich gór zachęcałam. Nie zdobyliśmy planowanej Mount Leinster, bo to by była całodzienna wyprawa i teraz śnieg jest za głęboki, bo górka ma 800m, ale widzieliśmy ją z punktu widokowego pod wiatrakami na jakichś 400m. Okolica cudnie ośnieżona, tylko mniej cudnie się po takim sypkim śniegu chodzi pod górę. Już czuję wszystkie mięśnie w nogach, jutro będzie dzień powolnego chodzenia po schodach 😉

A tak wygląda Co. Carlow w zimie 🙂

Hike_Jan_19_Carlow

 

Stranger than fiction

Oczywiście będzie o Brexicie.

Wczoraj deal Theresy May został odrzucony znakomitą większością głosów, 2:1. Na jej miejscu ja bym rzuciła zabawki i powiedziała – mam dość, walcie się i róbta co chceta. Brytyjski rząd oczekuje, że May wróci teraz do negocjacji z UE. Ja mam nadzieję, że Junkier i Tusk pokażą jej wielki środkowy palec. Corbyn czy Farage naprawdę doprowadzają mnie do białej gorączki – krytykują i zakrzykują premier, ale nikt z przeciwników umowy nie wysunął jakiejkolwiek kontrpropozycji!

Brytole myślą, że mają jakąś pozycję w negocjacji, ale to oni będą mieli problem za 2 miesiące, jak Wielka Brytania wyjdzie z UE bez żadnej umowy. Firmy już robią zapasy leków i jedzenia. Nie wiadomo, co będzie z transportem drogowym, lotniczym, systemami bankowymi, dostawami, przejściami granicznymi – może być OK, a może być Armagedon…

Dita – strasznie jestem ciekawa, co zwykli ludzie teraz myślą i mówią?? Czy w razie powtórnego głosowania wynik byłby inny czy nie?

Obejrzeliśmy ostatnio 2-godzinny program/film autorstwa Benedicta Cumberbatch’a pt. ‘Brexit – the Uncivil war’ o tym, jak w ogóle doszło do głosowania i jego nieszczęsnego wyniku. Widać, że coraz większą rolę odgrywają firmy informatyczne piszące programy, które zidentyfikują potencjalnych głosujących, a potem będą im wysyłać wiadomości i informacje ukierunkowujące na określoną opcję. Odbiorcy będą nieświadomi, że ktoś nimi po prostu manipuluje. Zresztą podobny wpływ ma powszechne trollowanie przez boty – system wysyła wiadomości udając ludzi, a czytelnicy/ uczestnicy dyskusji utwierdzają się w swoich przekonaniach lub zmieniają zdanie, w zależności od celu ataku. Ludzie są bowiem niestety leniwi i ograniczeni, i nie chce im się sięgnąć do wiarygodnych źródeł typu dzienniki, gazety, programy informacyjne. Wolą papkę na necie – łatwo dostępną i lekkostrawną. I dlatego mamy, co mamy.

 

Inny ciekawy program, który obejrzeliśmy z zapartym tchem, był o Monice Lewinsky, pt. ‘The Clinton Affair’. 6 odcinków pełnych rekonstrukcji i wywiadów, z Monicą w roli głównej. 20 lat temu coś tam słyszałam, że prezydent ze stażystką, że plama na sukience itd. Największym amerykańskim problemem był jednak nie romans, ale krzywoprzysięstwo prezydenta na jego temat. W programie świetne wrażenie zrobiła na mnie główna bohaterka – wygląda znakomicie, pięknie się wypowiada i prezentuje. Przykro było słuchać, jak 20-letnia siksa de facto zakochuje się w pełnym charyzmy prezydencie, z którym ma romans trwający 2 lata! A wszystko być może nie wyszłoby na jaw, gdyby nie jej koleżanka z Pentagonu Linda Tripp, której Monica, czująca się samotnie (została przeniesiona do Pentagonu i odseparowana od prezydenta pod koniec jego pierwszej kadencji) zaczęła się zwierzać. Ta, zamiast po ludzku zabrać koleżankę na drinka, zaczęła…. nagrywać rozmowy telefoniczne, po czym przekazała je służbom!! Koszmar jakiś… Sukienka, nie wiem w sumie czemu nie uprana przez Monicę od razu, to był gwóźdź do trumny.

Biedna kobieta nigdy potem nie miała normalnego życia, no bo z taką ‘sławą’… Ciekawa jestem, czy spotkała kogoś – Wiki nic o tym nie pisze.

 

Bardzo polecam oba programy.

Warszawa pięknieje

Święta, święta….

Najlepszego w Nowym roku!

Mam dziś wolne, bo inaczej ostatnie 8h wakacji z zeszłego roku by mi przepadło. Więc powrót do normalności powolny – 2 dni w pracy i 3-dniowy weekend. Nice 🙂

Pobyt w Polsce udany bardzo. Niecałe 2 tygodnie ale podzielone na 2 wizyty w stolicy i pomiędzy święta w domu. Był i teatr, i brydż (wygrałam 6/6 robrów!!!), i spotkania ze wszystkimi możliwymi kolegami i przyjaciółmi. Porozjeżdżało się towarzystwo, ale na święta do Polski zjeżdża, kto może, tak samo jak rok temu – dawny dobry kolega z liceum, obecnie w Portugalii, 2 koleżanki ze studiów, obecnie w Holandii i Nowej Zelandii. K. przyleciał tuż po świętach i zostaliśmy w stolicy – były litry grzanego wina, spacery, zakupy, i mnóstwo spotkań towarzyskich. Miał też okazję obejrzeć 2 mieszkania warszawskie, taka dodatkowa atrakcja 😉

Tradycyjnie poszliśmy na pięknie udekorowane stare miasto, pełne zagranicznych turystów, podobnie jak nasz hotel. Ale atrakcją tego wyjazdu był spacer… Aleją JP II! Zainspirowałam się książką, poleconą przez brata: Archistorie. Jak odkrywać przestrzeń miast? Autorstwa Radosława Gajdy i Natalii Szcześniak. Książka bardzo przystępnie opisuje historię rozwoju miast, jakie obecnie znamy, i podaje przykłady architektury ze świata, ale i z kraju, głównie Warszawy. Z ulicy JP II dobrze widać kilka nowych wieżowców, w tym słynną Złotą 44 – wszystkie opisane w lekturze. Dopiero po przeczytaniu człowiek zwraca uwagę na detale i docenia kunszt architektów i budowniczych! Aleją można też dojść do osiedla Za żelazną bramą, również opisanego w książce – fascynująca historia, jak z nowoczesnego, dobrze zaplanowanego osiedla z czasem zrobiło się to, co dziś widać – bloki z upchanymi pomiędzy przypadkowymi budynkami, okrojone skwerki i brzydkie parkingi… Warto poczytać i spojrzeć świeżym okiem!

Z niespodzianek uwagę zwrócił jakiś czysty i ładny DT Smyk, Rotunda w remoncie, i Hale Gwardii i Koszyki. Na Halę Gwardii natknęliśmy się przypadkiem podczas spaceru – przemiłe przestrzenne miejsce z mnóstwem stoisk z różnym jedzeniem i długimi wspólnymi ławami. Wersją na sterydach jest Hala Koszyki, w której, wstyd się przyznać, chyba nigdy w czasie studiów nie byłam! Kuzyn zabrał nas tam na piwo po kolacji – niecałe 2 lata temu hala przemieniła się w przestrzeń z barem, restauracyjkami i sklepami, a w sobotni wieczór było tłumnie i głośno, przygrywał DJ i saksofonista – naprawdę fajne miejsce z charakterem!

Wawa_zima_2018

Mieszkańcom i nie-warszawiakom polecam lekturę i wycieczkę pt. ‘Odkryj stolicę na nowo’ 😉