Włoska perełka

W związku z powolnym powrotem normalności, i możliwością podróży po Europie z Covid passem, zarządziłam wrześniowy wypad w słoneczne okolice. Miała być zeszłoroczna Chorwacja na tydzień, ale ta poczeka kolejny rok, bo stanęło na 5-dniowym wypadzie do Włoch. Zwiedziliśmy dwa miejsca, słynną Wenecję, i mniej znaną Chioggię.

Zaskoczyło nas lotnisko, a dokładnie ilość aut na parkingu (w czerwcu było miejsce na najbliższym A, a teraz jechaliśmy aż na Y) i ludzi na terminalu (wszystkie stoliki w głównym barze zajęte, a była środa po południu w połowie września!). Samolot oczywiście pełny. W Wenecji niby turystów dużo mniej niż normalnie przed Covidem, ale i tak było sporo, przy czym dużo Włochów, a nie Amerykanów.

W Wenecji byłam z moją K. 14 lat temu (!), więc wiedziałam, co warto zobaczyć przy krótkim pobycie. O dziwo miasto to nie było na liście ‘must see’ K., ale przekonał się, że jest całkiem urokliwe :-). Nieco padało, ale było ciepło. Spaliśmy przy samym moście Rialto, więc miejscówka świetna na chodzenie, bo przez Grand canal można przejść tylko w kilku miejscach, w tym przez Rialto właśnie. Zwiedzanie zaczęliśmy od wizyty na targu Rialto, gdzie był ogromny wybór ryb, małż, kalmarów, i wszystkiego, co tylko morze daje… Potem poszliśmyna plac św. Marka i wjechaliśmy na Campanilę, i tu pierwsza niespodzianka – skanowanie Covid passów i zamiana maseczek na wydane w kasie. Po spacerze w deszczu, kiedy to żadne gondole nie pływały, nieco się przejaśniło i gondolierzy zaczęli nieśmiało wypływać na kanały. 14 lat temu nie przejechałyśmy się z K., bo cena chyba 50e wydawała się nam za wysoka; teraz wszędzie są identyczne cenniki, i za przyjemność półgodzinnej przejażdżki (a właściwie 25-minutowej) trzeba wysupłać 80e. Zdzierstwo, ale jakże przyjemne jest pływanie po cichych, pustych kanałach, z dala od zgiełku i tłumów, gdzie budynki, mostki i uliczki widzi się z innej perspektywy…. Zdecydowanie polecam, najlepiej w więcej osób i na dłużej, bo te 25 minut zleciało za szybko! Poza tym zwiedziliśmy jeden kościół (znowu Covid pass potrzebny), i spacerowaliśmy we wszystkich kierunkach, więc liznęliśmy każdej dzielnicy. Oczywiście można w Wencji spędzić i tygodnie, ale uważam, że to była niezła pigułka jak na niecałe dwa dni 🙂

Ale jak się okazało, kolejne miejsce było równie urokliwe, a zarazem bardziej autentyczne i mniej zatłoczone! Miejscem tym była Chioggia, położona na południe od Wenecji nad tą samą laguną, godzinę autobusem lądem (wodą droga jest krótsza geograficznie, ale transport zajmuje dłużej). Jest zresztą zwana ‘Małą Wenecją’.

W przeciwieństwie do imienniczki Chioggia jest normalnym, żyjącym miastem, autentycznym i niezadeptanym przez turystów. Tych jest niewiele, a znakomita większość ludzi na ulicach to miejscowi. Głównym zajęciem jest to rybołówstwo, co widać po niezliczonej ilości kutrów i łodzi; na miejscowym targu można kupić przeróżne owoce morza, ale obok jest właściwe targowisko zaopatrujące pokaźną część Włoch! Kutry parkują wzdłuż dwóch większych kanałów po bokach starego miasta, a oprócz nich jest jeszcze bardzo wenecko wyglądający kanałek pośrodku, z uroczymi mostkami i zacumowanymi łódkami. Na końcu głównej ulicy jest marina z żaglówkami i jachtami. Na starym mieście znajduje się kilka starych kościołów z działającymi dzwonnicami – dowody można usłyszeć kilka razy dziennie, bardzo przyjemne doświadczenie 🙂

Zaletą Chioggii jest też ogromna plaża, do której można dojść na piechotę. O mało co bym sie wykąpała, bo woda była ciepła, choć ludzi mało. Piasek jest drobny i miły, plaża ma sekcje dla parasoli i place zabaw, ale przejść wzdłuż można spokojnie.

Z atrakcji to popłynęliśmy stateczkiem wycieczkowym na 45-minutowy rejs po okolicy i lagunie. Najciekawszym punktem programu było zobaczenie słynnej zapory Mose! Szczerze mówiąc to nigdy jej nie wyguglowałam, i się zastanawiałam, jak to działa. A no działa tak, że przy kilku wejściach do laguny są zapory, i to cała laguna jest chroniona przez wysoką wodą, a nie sama Wenecja. Jedno z wejść jest przy Chioggii właśnie, inne przy Lido itd. Z łódki widzieliśmy po dwóch stronach kanału betonowe konstrukcje, a pomiędzy nimi jest zapora, zatopniona przy normalnym stanie wody, która podniesie się w momencie opróżnienia z wody. Sprytne!

Poza tym miasto żyje. Jest supermarket, są warzywniaki, są restauracje i bary. W sobotni wieczór główna ulica i wszystkie knajpy były oblężone! Wadą jest to, że trzeba pamiętać o zamykaniu barów w dzień – zje się do 14 i od 18, a pomiędzy sucha bułka 😉 Ale za to do kolacji można zamówić litrową karafkę domowego wina w cenie 9-11 euro, żyć nie umierać! (biedna wątroba….).

Weszliśmy po drodze do kilku kościołów, każdy stary i ładny. Wrażenia psuły jedynie śmieci pozostawione po ślubach przed budynkami, konfetti itp. Ślubów widzieliśmy chyba 4 w sobotę i 1 w niedzielę! W sobotę jeden pan młody pedałował na rowerze w jedną stronę, gdy szliśmy na plażę, i w drugą, gdy wracaliśmy… (?) Inna para usiłowała zrobić sesję na głównym moście, ale co chwila w kadr włazili im złośliwi przechodnie 😉

Nocą Chioggia była bardzo ładnie podświetlona i równie urocza, jak w dzień…

Lato wykorzystane :)

I już nastał wrzesień…. ale muszę przyznać, że nieco się u nas działo od powrotu, i dobrze wykorzystaliśmy dobrą pogodę. Tydzień po Athlone odwiedzili nas rodzice K., i ze znajomymi poszliśmy wszyscy na obiad do hotelu. Z racji braku miejsc w hotelowym barze po obiedzie przenieśliśmy się do pubu, a potem do naszej cudnej altany kontynuować imprezę, odpaliliśmy kominek i było rewelacyjnie 🙂 Tydzień później na grilla przyszli przyjaciele, i znowu cały ogród był w użyciu – jak w domu fajnie zjeść obiad w kuchni/ jadalni i przenieść się do salonu, tak u nas na ogrodzie je się przy stole, a na drinki przenosi do altany. Pogoda znów dopisała, a nagły chłód wieczoru znów odgonił kominek – sprawuje się znakomicie, tylko matę muszę kupić na decking, bo czasem iskry lecą! Do tego zapalone świeczki są i romantyczne, i dodają światła 🙂 Ale było czuć, że już po św. Ance – o ile dni były bardzo ciepłe, o tyle wieczorem z godziny na godzinę robiło się rześko, tylko przynajmniej wiatru nie było.

Albo mam rękę do roślin, albo dobrą ziemię w ogrodzie, bo rosną jak szalone – wsadziliśmy je wokół altany raptem rok temu, a ja już się boję, co będzie za rok! Wiciokrzew się pnie, passiflora utworzyła żywą ścianę, jedna wisteria spokojnie i powoli sobie rośnie, ale druga szaleje tak, że nie nadążam jej oplatać na specjalnie zainstalowanych listewkach! Ciekawe, czy już zakwitną w przyszłym roku? Same liście są ładne, ale kwiaty to magia…

Przyjaciółka zabrała mnie też na spacer w okolicy, i po raz pierwszy (wstyd przyznać) byłam na bog’u, czyli torfowisku – jest ich w co. Kildare zatrzęsienie. Na zdjęciach widać wycięty i suszący się torf – my nie używamy, ale znajomy ma swoje pole i nie dość, że ma darmowy opał do pieca, to jeszcze sprzedaje trochę.

Czytałam ostatnio, że Irlandia zabroni od przyszłej zimy 2022 brudnych paliw (smoky fuels) – ciekawa jestem, jak to przełoży się na codzienne użycie kominków i pieców, i kopanie własnego torfu? Bo zmienią się normy zanieczyszczeń i wilgotności węgla, drewna itp. Ja kominek w zimie uwielbiam – nie palimy codziennie, ale zrezygnować bym z niego nie chciała!

W domu też się dzieje, bo urządzamy powoli gabinet dla K. do jego nowej pracy 🙂 jest już biurko i krzesło, kupiliśmy farby, a dziś zamówiliśmy sofę. Będzie miał ekstra miejsce, i tylko jednego zabraknie – żywych kolegów w pracy, bo nowa pozycja jest całkowicie zdalna. Ale za to pojeździ po Europie 🙂

Wypad do środka Irlandii

Ciężko uwierzyć, że już miesiąc minął od powrotu! Zdjęcia z wakacji wywołane, album ślubny w drodze do rodziców, a w ten weekend przyjadą rodzice K. (czyli już oficjalnie moi teściowie) na obiad.

Korzystając z tego, że K. miał jeszcze tydzień urlopu, w końcu odświeżyliśmy sypialnię. Pojaśniała, bo brąz zastąpiliśmy szarym, a do tego położyliśmy tapetę na jedną ścianę. Niezły team-building exercise…

W zeszły weekend skoczyliśmy też do Athlone odwiedzić moją koleżankę. Śmieszna historia – pracowała u nas raptem rok i odeszła rok temu dokładnie, a jedyny nasz kontakt ograniczał się do wspólnych śniadań z ciekawymi pogawędkami, ale wystarczyło, żeby utrzymać kontakt mailowy. Jest Amerykanką i mieszka tu od pięciu lat, a jej rodzina to typowi red-necks co to wielbią Trumpa – ciekawie jest posłuchać opinii z pierwszej ręki! Ona mnie odwiedziła tuż przed przeprowadzką z powrotem do Athlone, a my ją tam teraz. Po przyjeździe w sobotę poszliśmy do hinduskiej restauracji na rewelacyjny obiad, a potem na piwko to Dead Centre Brewing – bardzo przyjemne miejsce nad rzeką z piwem domowej roboty. W obu miejscach sprawdzili dowody szczepień, no i wszystko się zamyka o 23:30, ale tłumek dopisał i było prawie jak kiedyś! W niedzielę przespacerowaliśmy się po centrum. Na zamek nie weszliśmy – myślałam, że da się pochodzić po dziedzińcu, ale barierki bronią wstępu i trzeba zapłacić 9e za osobę, więc odpuściliśmy. Za to ścieżki nad rzeką, strome uliczki i mosty były bardzo malownicze. Rzeka Shannon jest tu szeroka i pływają po niej statki i barki, i nawet śluzę widzieliśmy w użytku, a do tego mnóstwo kaczek, czaple i mewy. Jest gdzie iść na spacer, jest mnóstwo knajp, godzina do Galway i godzina z hakiem do Dublina – całkiem fajne to miasto 🙂

Ach, co to był za ślub… a jakie wakacje!

Udało się! Wszystko się udało 🙂

Jeśli chodzi o sprawy przyziemnie i stresujące, to w Gdańsku po przylocie bez problemu uznano nam zaświadczenie HSE o szczepieniu, więc nie było problemów z kwarantanną czy testami. Nikt też na szczęście nie zadzwonił z wiadomością, że przed czy za nami w samolocie siedział ktoś zarażony, uff… Samolot pełny, z czego połowa dzieci. Przed powrotem musieliśmy zrobić test PCR, bo wracaliśmy o kilka dni za wcześnie, a Irlandia dopiero od 19 lipca zniosła obowiązek kwarantanny i testów dla zaszczepionych. Na szczęście zaczęto je robić w Zakopanem, więc wygodnie, i wyszły negatywne, więc wróciliśmy też OK (samolot prawie pełny). Tu po 5 dniach izolacji pojechaliśmy na darmowe testy, które zwolniły nas z reszty kwarantanny, więc nie było źle (poza czekaniem 50 minut w kolejce po test, pomimo zapisu, bo wyglądało na to, że cała okolica też się testuje, a organizacja była średnia).

A pomiędzy – hulaj dusza, Covida nie ma! Cudownie było odpocząć od nadmiaru wiadomości, nasiedzieć się w ogródkach (teraz chyba 90% barów i restauracji je ma, wszędzie w Polsce), i generalnie nieco zapomnieć o tym, że mamy pandemię.

W Gdańsku na początek zafundowaliśmy sobie noclegi w Hiltonie, z widokiem na Motławę i naszą restaurację weselną 🙂 Byliśmy sami przez pierwsze 3 dni, więc po prostu się aklimatyzowaliśmy, odpoczywaliśmy, załatwialiśmy ostatnie sprawy i spotkania, i ćwiczyliśmy pierwszy taniec. Przyjaciele i rodzina dojeżdżali i wyjeżdżali na raty, i fajne było to, że poza trojgiem przyjaciół każdy spędził w Gdańsku 2-3 noce, więc a to się poszlo w czwartek na obiad, a to w sobotę do Stoczni na wycieczkę czy drinki wieczorem, i był czas na spokojnie z każdym pogadać. A trójkę, co przyjechała tylko na wesele, posadziłam obok siebie.

Ślub i wesele udały się znakomicie. Pogoda była idealna (ceremonia była na tarasie, więc chmury i wietrzyk bardzo się przydały), wyglądaliśmy świetnie (pierwszy raz miałam robiony makijaż – warto było!), pan urzędnik ładnie poprowadził, a koleżanka przetłumaczyła. Pierwszy taniec nam wyszedł nieźle, jak na krótką praktykę! Restauracja ma 2 piętra i taras, i gościom miejsce bardzo się podobało 🙂

Po wyjeździe gości skoczyliśmy jeszcze na plażę, a w drodze na Mazury przeszliśmy się po Olsztynie.

Mazury – gdzie spędziłam wiele wakacji jako dziecko/ nastolatka, nie zawiodły. Spaliśmy w pięknym miejscu, obok Kruklanek (tam gdzie jest wysadzony most), i na posesji była stodoła z bilardem, prywatny bocian, rzeczka, generalnie – sielanka 🙂 Niestety pobliskie kąpielisko było akurat zamknięte, więc nie wykąpałam się tyle razy, ile planowałam… Ale zwiedziliśmy Giżycko (twierdzę Boyen, most zwodzony, marinę i plażę miejską), byliśmy też w Wilczym Szańcu. Właścicielka zabrała nas nawet na żaglówkę! (wprawdzie była flauta, ale i tak fajnie było się przepłynąć. K. ciężko było pojąć, że w żeglowaniu chodzi o to, żeby płynąć, a nie dopłynąć ;)). Jednego dnia wzięliśmy rowery i pojechaliśmy nad jezioro…. Cudem chyba dojechaliśmy, spoceni i zmachani, po czym po krótkiej kąpieli trzeba było wracać na obiad! A obiady, gotowane przez panią kucharkę, palce lizać………. Wieczorami było Euro 2020, które kontynuowaliśmy w moim mieście rodzinnym, a którego finał obejrzeliśmy już w Zakopanem.

Zakopane w lipcu odradzam serdecznie, bo tłumy straszne! I na Krupówkach, i na szlakach co chwila się trzeba mijać – upierdliwe zwłaszcza na wąskich odcinkach. Udało nam się zrobić dwie trasy, jedną na Kopieniec, a drugą do Doliny pięciu stawów. Oj, ciężko było (winię 3 tygodnie obżarstwa, picia i braku ćwiczeń!), ale daliśmy radę 🙂 Widoki były piękne, a K. po raz pierwszy był w wysokich górach.

Bardzo nam się udał ten wyjazd. W końcu się pobraliśmy (papiery K. traciły ważność następnego dnia!); wesele, pomimo braku połowy gości, było świetne; K. zobaczył dwa nowe miejsca – Mazury i Tatry; ja zobaczyłam się i uściskałam z przyjaciółmi i całą rodziną; objedliśmy się polskich smakołyków i opiliśmy jak bąki. Po prostu było idealnie 😀

Lato i nareszcie wakacje!

No nareszcie…. Irlandia się otworzyła, szczepienia idą dobrze (w Irlandii w starszych grupach ponad 80% ludzi się zaszczepiło), pogoda się w końcu poprawiła, no i za chwilę lecimy na długie wakacje do Polski! Bonusem jest to, że dzięki pracy K. wczoraj przyjęłam drugą dawkę, więc w Polsce nie będziemy musieli się testować ani poddawać kwarantannie. Bardzo mnie to odstresowało.

W Polsce wyszczepialność niższa ale wirus w odwrocie, niemal wszystko otworzone, wesele się odbędzie. Niestety bez gości stąd, bo z powodu tutejszych obostrzeń (PCR przy powrocie i kwarantanna, aczkolwiek po 5 dniach można za darmo się przetestować i zakończyć izolację) ludzie się nie zdecydowali na wyjazd. Trudno, zabierzemy ich za rok na weekend do Gdańska 🙂 Od 19 lipca Irlandia dołączy do unijnego projektu paszportu covidowego (czy jak go tam zwą) – ciekawe, czy zniosą wszystkie wymagania, czy część zostawią. Póki co ciało doradcze bardzo opiera się testom antygenowym, tak że w końcu przewodniczący Tony będzie się z tego tłumaczyć przed komisją. I dobrze.

Mnie humor dopisuje bardzo. Byłam na zakupach i upolowałam kilka fajnych ciuchów na lato, dziś zrobiłam włosy, sprawy ślubne są dograne, pakowanie rozpoczęte! Kot zapoznaje się z sąsiadami, u których zostanie na wakacje – kamień z serca, bo to towarzyskie stworzenie, a tam będzie mu super 🙂

Altana wygląda fajnie i kolorowo, kwiatki rosną i kwitną na potęgę, kupiliśmy ciekawy kominek i zawiesiłam hamak. Już kilka razy była w użyciu na towarzyskie spotkanka przy kawie i grille – świetny prezent ślubny nam wymyśliłam!

No to tyle z nowości. Następny raport będzie z wakacji w Polsce, na które szalenie się cieszę! Ślub, zabawa i spotkanie rodziny i dawno niewidzianych przyjaciół to tylko początek, bo będą i Mazury, i góry, i pomiędzy, słowem – od morza aż do Tatr!

Wiosna, nareszcie

Dawno nie pisałam, ale o czym tu pisać. Nic się nie dzieje.

Lockdown trwa nadal. Dopiero od przyszłego tygodnia poluzują 5km, reszta dzieci wróci do szkół, ale sklepy i fryzjerzy nadal pozamykani (przynajmniej z maszynką i dobrymi nożyczkami strzyżenie K. idzie mi coraz lepiej i szybciej!), hotele może otworzą w czerwcu, itp. Szczepią niby na bieżąco, teraz leci grupa 70+, niedługo otworzy się strona z zapisami dla reszty populacji, i obiecują, że do końca czerwca większość dorosłych będzie zaszczepiona (uwierzę, jak zobaczę). O restauracjach nic jeszcze nawet nie mówią. Ludzie chcą bukować wakacje w Irlandii, ale ceny powalają, no i konkurencja jest wysoka.

Dlatego postanowiliśmy z K. że, o ile nie zamkną granic całkowicie, to na 100% my lecimy na ślub (papiery już odnowione) i zostajemy na wakacje w Polsce, bo tam przynajmniej się odpocznie, naje i napije dobrych rzeczy, i nie zbankrutuje! Spędzimy tydzień na moich ukochanych Mazurach i kilka dni w Tatrach, no i oczywiście tydzień z moją rodzinką. Nie wiemy, co będzie otwarte/ możliwe, ale tak czy siak ślub się odbędzie, i wakacje w prywatnych kwaterach też powinny być OK. Oczywiście mamy nadzieję na wesele, choćby w okrojonym gronie, ale to już zależy od rządu polskiego. Myślę jednak, że pomimo tego, że teraz wirus w Polsce hula, to zduszą tą falę, pogoda będzie lepsza, do tego szczepią coraz więcej i szybciej, więc czerwiec będzie czasem luzowania.

W międzyczasie w związku z niekończącym się lockdownem irlandzkim zaczęłam łamać przepisy, bo ileż można. Moje zdrowie psychiczne jest dla mnie dość ważne, więc spotykamy się z przyjaciółmi w niektóre weekendy, ale tylko para na raz, i tylko jeśli wszyscy (na oko) zdrowi. Nawet wczoraj mieliśmy gości na obiad, bo od grudnia ich nie widziałam, a poza tym chciałam poczuć świąteczny nastrój, a nie spędzić Wielkanoc jak każdy inny weekend.

Wyrwałam się też z domu kilka razy, i to nie tylko do pracy. Byliśmy w Dublinie w ambasadzie podpisać papiery do ślubu, i w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Johnstown Garden center (bardzo go lubię – ceny nie są niskie, ale wybór doniczek i roślin ogromny). W inny weekend pojechaliśmy do Woodies – oddalony o więcej niż 5km, ale skoro otwarty to essential! Garda w drodze powrotnej spytała gdzie jedziemy, do domu z Woodies, a to OK, stay safe, nie chcieli oglądać rachunku czy bagażnika.

Trafiło się ostatnio kilka ładnych i ciepłych dni, więc też od razu inaczej się człowiek czuje. Wyczyściliśmy patio i altanę, wsadziłam zakupione kwiatki, skosiłam trawę, wyczyściłam podjazd. W kolejce czeka odmalowanie płotów, oraz odświeżenie sypialni. W Patryka po robotach ogrodowych zrobiłam nawet pierwszego grilla na obiad, a w ten weekend posiedziałam trochę na leżaku i w altanie czytając książkę. Niestety dziś się oziębiło, i cały tydzień będzie chłodny z przymrozkami w nocy, więc wnieśliśmy niektóre rośliny do domu, a inne przykryliśmy, bo już wszystko kiełkuje, zielenieje i kwitnie!

Na spacery też chodzę regularnie, np. dziś byłam z koleżanką z pracy i jej psem nad rzeką:

Kot ma się świetnie, chyba aż za bardzo, bo mu się przytyło… teraz zaczęłam ważyć karmę, choć nie wyglądało, żeby jadł jakoś dużo, ale jak leży, to wygląda jak tłusta foczka, a nie kot! Wychodzi sobie też sam na ogród, wyleguje w słońcu, poluje na owady i gania ptaki. Czasem łazi za mną jak pies i kładzie się obok, ciągle wystawia brzuch do głaskania, a szczotkować można go w nieskończoność. Teraz nawet trzeba, bo linieje na potęge, i wszędzie lata jego sierść, pomimo nieustannego czesania! Nigdy nie odkurzaliśmy tak często…

Doom i gloom

Kopę lat, ale o czym tu pisać…


Święta spędziliśmy lokalnie, rezygnując z wylotu do Polski (bo najpierw w Polsce pozamykano wszystko i odwołano Sylwestra, a potem wyskoczyła historia z wariantem z UK, więc się zaczęłam bać utknięcia w Polsce na dłużej). Przynajmniej dostaliśmy last minute zaproszenie na Wigilię do Waterford, więc nie ominęła mnie wigilijna wyżerka! No i trochę się przewietrzyliśmy – Waterford, potem co. Cork na obiad świąteczny u teściów (nadal to-be), i jeszcze przejażdżka do Newbridge. A potem nas zamknęli znowu w Levelu 5, i to cholerne 5km mnie już o klaustrofobię przyprawia!!!
W ogóle rzygam już tym wirusem, ograniczeniami i tym, że życie jest on-hold. Gdy w maju zeszłego roku przekładaliśmy wesele na czerwiec tego roku, przez myśl by mi nie przeszło, że to gówno jeszcze będzie się panoszyć! Wprawdzie już była nadzieja w grudniu, bo szczepionki, ale potem rozhulał się nowy wariant brytyjski i znowu jesteśmy w ciemniej dupie… W Irlandii ponad 70% przypadków to ten nowy wariant, i czytałam, że w USA też zaczyna się ładnie rozprzestrzeniać. Jedyna nadzieja w szybkich szczepieniach, żeby przerwać ten łańcuch zakażeń. O ile na początku myślałam – ja poczekam, niech inni się zaszczepią najpierw, tak teraz jutro bym się dała pokłuć, jeśli byłoby to możliwe!
Wesele też mnie przyprawia o stres. Odnawiamy papiery, bo co innego pozostaje, poza odwołaniem ślubu, ale wtedy co – od nowa zabawa z papierami z Polski tu dla mnie? Wygląda na to, że jedziemy z tym koksem i o ile nie stanie się po drodze nic uniemożliwiającego wyjazd do Polski (mam nadzieję, że do czerwca Polska się już otworzy, i hotele, wesela itd. będą business as usual), to wyrywamy się stąd, choćby po trupach Gardziarzy chroniących dojazd do lotniska! Pytanie oczywiście, ile osób stąd da radę przybyć – kiepsko to wygląda… Ostatnie obostrzena to test PCR żeby w ogóle wjechać na lotnisko w Dublinie, PCR po powrocie, i obowiązkowa (!do tej pory to było zalecenie!) kwarantanna 14 dni (w domu, lub w hotelu dla niektórych krajów), chyba że drugi test się zrobi po 5-ciu dniach. Test PCR zaczyna się od 100e…. Oczywiście jest szansa, że do czerwca trochę odpuszczą, może wprowadzą tańsze i szybsze testy antygenowe, ale generalnie najłatwiej będą mieli ludzie zaszczepieni. Do tego Rajan odchudza grafik lotów, kolejny problem…
Więc skoro już będziemy opuszczać tę chwilowo-strasznie-klaustrofobiczną-i-histeryczną wyspę, a po powrocie będą problemy, to pomyślałam – wyjechać raz a dobrze! I zostać w Polsce na kilkutygodniowe wakacje – od dawna chodzą za mną Mazury, a i Tatry chciałam K. pokazać. Drążę temat, bo ja po prostu MUSZĘ się gdzieś wyrwać w najbliższym czasie, bo się uduszę!
A tutejszy rząd mnie wkurwia, bo zamiast sprzedawać informacje pozytywne, jak liczba zaszczepionych, to codziennie informuje o liczbie chorych/ w ICU/ zmarłych – zero podnoszenia na duchu, i tylko doom and gloom (nawet Mike O’Leary się ze mną w tym zgadza!). I zero światełka w tunelu, jakiejś obietnicy, że jak się teraz zepniemy, to za X tygodni poluzują to czy tamto. Nie – lockdown do 31 stycznia, przedłużony do 5 marca, proszę się nie spodziewać jakichś szalonych zmian po 5 marca, a w ogóle to proszę nie planować zagranicznych wakacji w tym roku, może staycations, a ze świętami Bożego Narodzenia to też ostrożnie………. NOSZ KURWA! Nie wspominając, że slepy pozamykane, fryzjerzy takoż (więc znowu strzygę K. – teraz w końcu zamówię nożyczki fryzjerskie z Avon), a w obrębie 5km to gówno jest.
Normalnie ckni mi się za Polską… Tam chociaż są pozory normalności, nie ma głupich 5km, można się spotykać z rodziną czy małą grupą przyjaciół, iść na zakupy czy do muzeum. No i widać, że szczepią!
Ulało mi się, wiem, ale już naprawdę zaczynam mieć dosyć. Jestem zmęczona i sfrustrowana, a do tego kolejne miesiące spędzę denerwując sie weselem, zamiast nim cieszyć. Nadzieja chyba tylko w ładnej pogodzie….
Oczywiście chodzę na spacery z przyjaciółkami, wymykam się na kawę do sąsiadki (wszelkie wizyty domowo-ogrodowe są zabronione), dogadzam sobie winem, świeczkami, herbatami, kąpielami, książkami itp., ale to działa na krótką metę. Pierwszy lockdown to było novum – ludziom podobało się spowolnienie tempa, pogoda była piękna, no i baliśmy się wirusa, ale każdy kolejny lockdown to już był wrzód na tyłku. A końca nie widać, przynajmniej nie w Irlandii…

Kot poprawia nam trochę humor. Wprawdzie potrafi być upierdliwy i dobijać się do sypialni od 5 rano, a czasem łazi i tęsknie miauczy nie wiadomo czemu (wyczesany, wygłaskany, nakarmiony, WTF??), ale jest śmieszny i rozkoszny, i nie potrafię się na niego wkurzać 🙂 Czasem dostaje wścieku i lata od sypialni do sypialni – w salonie na dole to brzmi, jakby kucyk nam biegał nad głowami! Gama dźwięków, jakie wydaje, jest spora – część jest mi znana po poprzednich kotach, ale część jest nowa. Wypuszczam go na ogród – łazi sobie trochę, obwąchuje meble (inne koty bywają na ogrodzie, więc to je czuje), siedzi i duma, czai się na ptaki, a potem ‘miau miau’ i leci do mnie lub dostojnie wraca. Pocieszny jest 🙂

A teraz z innej beczki. Z racji zimy oglądamy dużo TV, a RTE i SKY zapewniają rozrywkę na długie godziny.
Dwa dni temu obejrzeliśmy ostatni odcinek Vikings. 6 sezonów, i chyba dobrze, że teraz zakończyli – Wikingowie dotarli na Islandię, Grenlandię i nawet do Kanady, chrystianizacja staje naprzeciwko starym wierzeniom w bogów i Walhallę – coś się kończy, coś się zaczyna…. Serial jest świetny. Jedyne, czego się trochę czepnę, to że za mało było ostatnio…. flaków i krwi! Pierwsze sezony były pełne krwawych rytuałów i scen walki, a ostatnio wszystkie bitwy jakoś tak samo wyglądały. Podobało mi się to, że pokazano podboje, ale i układy Wikingów z Anglią, Francją, Rusią, no i wyprawy w rejon morza Śródziemnego. Wrażenie wywarło też na mnie widoczne równouprawnienie kobiet, zwłaszcza na polu bitwy. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to polecam – coś innego!
Innym serialem, gdzie jednym ciągiem łykaliśmy kolejne 3 sezony (jest jeszcze czwarty!), jest Yellowstone, z Kevinem Costnerem w roli głównej. Oh my oh my…. Ładnie się starzeje pan Bodyguard 😉 A serial opowiada o właścicielu ogromnego rancza w Montanie, jego rodzinie, kłopotach, biznesach i potyczkach… Z jednej strony Indianie chcący odzyskać ziemię czy postawić kasyno, z drugiej ubrani w kowbojskie kapelusze gangsterzy terroryzujący okolicę i wciskający każdemu swoje automaty do gry. Zderzają się dwa światy – kowboje, dla których styl życia chyba się za bardzo nie zmienił od 100 lat (jak zobaczyłam płócienne namioty, to wymiękłam….), i dla których ziemia to największy skarb, i biznesmeni, chcący w pięknej okolicy budować lotnisko, hotele i stoki narciarskie. Ogląda się rewelacyjnie, no i temat nieoklepany!
Inny ciekawy program, 10-odcinkowy (zgodziliśmy się z K., że 2-3 za dużo), to Terror, o wyprawie dwóch okrętów w połowie XIXw. na poszukiwanie przejścia północnego. Wprawdzie wsadzili tam jakieś nadprzyrodzone monstrum, ale poza tym bardzo ciekawy serial, pokazujący, z czym musieli sobie radzić odkrywcy przecierający szlaki… Człowiek od razu docenia ogień w kominku, gorącą herbatę i kieliszek wina, plus pełną lodówkę! Ale gdyby nie tacy szaleńcy…..
Serpent z kolei opowiada historię seryjnego mordercy, który w 1975-76 zabił, głównie w Tajlandii, wielu turystów backpackerów z różnych krajów europejskich. Wtedy paszporty podrabiało się znacznie łatwiej, dzięki czemu podróżował po Azji południowo-wschodniej używając imion i dokumentów swoich ofiar. Tylko dzięki uporowi młodego urzędnika holenderskiego konsulatu, który de facto niemal sam prowadził śledztwo na własną rękę, w końcu włącza się Interpol. Został nam do obejrzenia ostatni odcinek…
A przed chwilą właśnie skończyliśmy oglądać duńską serię The Investigation, przedstawiającą historię śledztwa w sprawie zabitej w 2018 na łodzi podwodnej dziennikarki Kim Wall. Historia oczywiście prawdziwa, i pozostaje się cieszyć, że zabójca został uznany winnym, pomimo braku konkretnej przyczyny śmierci (poćwiartowanie ciała i wyrzucenie obciążonych członków za burtę nie równa się morderstwu…). Dziwiła nas tylko metoda prowadzenia śledztwa, np. nieskalane notatkami i zdjęciami białe tablice, opóźnienia w zaangażowaniu specjalistów itd. Saga Noren z The Bridge powinna ich przeszkolić 😉

No a w piątek przyjedzie nowy SKY box, więc czyścimy na gwałt stary, a w ofercie wzięłam na kilka miesięcy sport i filmy za pół ceny. Więc K. już ogląda swoje piłki, a ja ostrzę sobie pazurki na kilka filmów na SKY, skoro już będziemy na bieżąco z programami i serialami!

I już grudzień…

I minęło 2 miesiące od ostatniego posta. Z czego 6 tygodni w levelu 5 czyli de facto lockdownie – zamknięte sklepy i fryzjerzy, obowiązek przebywania w obrębie 5km od domu poza wyjątkami itd. Nie wiem nawet, co robiłam, poza spacerami po okolicy, pracą, gotowaniem, upieczeniem kilku ciast ze śliwkami (sezon na węgierki), oglądaniem TV i czytaniem książek (skończyłam Wiedźmina!). Osiągnęłam nawet na kilka tygodni stan jakiegoś zen i spokoju wewnętrznego, ale już mi przeszło :-]

Tydzień temu przystroiłam dom świątecznie, a kominek jest w użyciu, bo coraz częściej jest zimno.

Mamy z K. bilety do Polski na święta, i zaczynam być podekscytowana wizją wyjazdu. O ile oczywiście polski rząd nie wyskoczy z jakim last minute pomysłem testów lub kwarantanny po przyjeździe, ale na razie nie mają tego w menu, więc fingers crossed. Hotel nam wprawdzie odwołano, ale wynajęliśmy apartament. Szkoda, że restauracje pozamykane, ale z drugiej strony poziom zawirusowania w Polsce jest wysoki, a zamknięte pomieszczenia z kiepskim obiegiem powietrza to świetne warunki do zarażenia, więc logika w tym akurat jest. Mam nadzieję, że uda się nam polecieć, i przynajmniej posiedzieć z rodziną i spotkać z kilkoma znajomymi, nawet jeśli tylko na długi spacer czy grzane wino na świeżym powietrzu 😉 Plan B to święta tu i moja pierwsza pieczona szynka!

Prezenty częściowo zamówiliśmy przez internet, a resztę kupiliśmy wczoraj – wzięliśmy dzień wolny z K. i skoczyliśmy do centrum handlowego. Pogoda się niestety popsuła, więc wyszły nici z pochodzenia po mieście, ale i tak shopping się udał, no i fajnie było wyjść między ludzi!

W czwartek wieczorem firma zorganizowała nam świąteczny event online. Fajnie było zobaczyć ludzi na monitorze, ale półtorej godziny rozwiązywania zagadek to jednak nie to samo, co wyjście na obiad i drinki w dużej grupie. Bokiem mi już wychodzi ten rok. Od marca pracuję z domu, w firmie byłam raz (zanosi się na kolejne wizyty w grudniu i styczniu), i o ile przyzwyczaiłam się do nowych warunków, to po prostu tęsknię za ludźmi! Naprawdę mam nadzieję, że wprowadzą już niedługo system hybrydowy, bo 2 dni pracy w domu, a reszta w biurze byłyby rozwiązaniem idealnym. Co z tego, że uskuteczniam wirtualne ‘kawy’ z niektórymi kolegami – interakcja twarzą w twarz jest zupełnie inna….

No ale jest światełko w tunelu, bo już kilka firm farmaceutycznych ogłosiło, że badania kliniczne szczepionek zakończyły się sukcesem, a agencje państwowe zaczęły analizować rezultaty. Tylko patrzeć, jak w ślad za UK inne kraje zaczną je rejestrować, a potem dystrybuować szczepionki. Oczywiście żadna firma nie jest w stanie wyprodukować nielimitowanej ilości w krótkim czasie, więc rządy będą musiały zaplanować kolejność grup, ale im więcej ludzi będzie odpornych, tym ekspansja wirusa będzie mniejsza.

Mechanizm tych nowych szczepionek jest raczej nowatorski, bo oparty na mRNA – fragmencie kodu genetycznego kodującego tzw. spike protein, fragment płaszcza koronawirusa. Normalnie w szczepionce znajduje się martwy nieaktywny wirus, lub jego fragment, które wywołują odpowiedź immunologiczną organizmu. W tym przypadku podaje się pacjentowi fragment mRNA, na podstawie którego jego własne komórki produkują fragment wirusa, który zostanie rozpoznany przez układ odpornościowy. Dotychczas wykorzystano ten mechanizm w kilku szczepionkach na małą skalę, ale pomysł jest genialny, bo pozwala na szybką modyfikację szczepionki – wystarczy tylko zmienić mRNA i voila! Jak każdy lek, tak i te szczepionki muszą przejść 3 etapy badań klinicznych, gdzie obserwuje się pacjentów i ustala dawki. Pfizer na przykład zaczął pracę nad szczepionką w marcu, w ciągu TYGODNIA od ogłoszenia przez WHO stanu pandemii, a dopiero 2 tygodnie temu ogłosili zakończenie badań klinicznych – czyli zeszło im 8 miesięcy, i to przy nieszczędzeniu środkow i najszybszym możliwym postępie prac.

Ludzie oczywiście będą się zastanawiać i wahać, i się nie dziwię. Z tym, że kilku moich znajomych przeszło Covid-19, i powiem tak – wolałabym go nie złapać. Kolega – szczupły, na śniadanie codziennie owsianka z ziarenkami i miodem, na rowerze jeździł po kilkaset km w weekendy – po zakażeniu nie dość, że stracił węch i smak na kilka miesięcy, to jeszcze był wiecznie zmęczony, i do tej pory nie odzyskał pełni formy. Drugi znajomy też bez nadwagi, też rowerowy, z rodzinną historią chorób serca. Z dnia na dzień poczuł jakiś ucisk w klatce piersiowej, forma mu siadła, poszedł do lekarza – serce. Musi się dokładniej przebadać, żeby powterdzić, czy to wirus jest winny (wyszedł mu wynik pozytywny przed wizytą w szpitalu – był kompletnie zaskoczony, podejrzewa, że jego syn przywlókł do domu z boiska), ale stawiam na to, że zakażenie przyczyniło się do szybkiej deterioracji serca, genetycznie predysponowanego do problemów. Tak więc utrzymujący się miesiącami kaszel to jedno, ale uszkodzenie przez wirusa płuc, serca czy innych organów to już inna bajka. Ja jak zwykle w zimie robię i piję warzywne soki, a do tego prewencyjnie suplementuję się witamią D, żeby układ odpornościowy utrzymać w dobrej formie, bo to podstawa. A jeśli szczepionka będzie wymagana przez linie lotnicze, to pierwsza stanę w kolejce po jab 😉

A z innych nowości to mamy z K. nowego współlokatora 😀 Znaleziony, niekradziony! Straszny pieszczoch, uwielbia być głaskany i czesany szczotką, bardzo wokalny, a oczy robi czasem jak Puss in boots ze Shreka…. Więc zwlekam się z łóżka dać mu jeść, zanim wrócę pod kołdrę czytać newsy przed wstaniem, ale kto by się oparł temu miauczeniu i spojrzeniu! 😉 A na zdjęciu poniżej ulubiona zabawka – wybrzebany niewiadomoskąd plastikowy hełm… Gdzieś go wetknął w nocy, trzeba będzie podnosić kanapy i szukać!

I po lecie….

I minęła reszta lata, i zaczyna się pomału klasyczna jesień irlandzka, czyli leje i wieje… Ale, zważywszy na okoliczności przyrody, fajnie nam minął sierpień i wrzesień, z jedynym wyjątkiem rezygnacji z wyjazdu do Chorwacji (i związaną z tym utratą kasy za bilety – ale pieniądze rzecz nabyta…).

Kildare było w lockdownie 3.5 tygodnia, lecz poradziliśmy sobie jakoś, np. zaczynając nieopodal lekcje jazdy konnej, po naszej przygodzie w Donegal 🙂 Jeździmy sobie co 2 tygodnie, wiadomo – są wzloty i upadki (póki co przysłowiowe tylko), ale praktyka czyni mistrza. A godzinka na powietrzu, na grzbiecie konia, to czysta przyjemność (następne dni są nieco problematyczne, ale do przeżycia).

Wykorzystałam altanę, ile mogłam – oprócz zapraszania znajomych a to na kawę/ drinka czy małego grilla, każdego ciepłego popołudnia, po pracy, szłam tam na godzinkę czytać książkę. W wolne weekendy smażyłam się na słońcu lub znowu siedziałam w altanie, oczywiście czytając. Bardzo przyjemne i relaksujące miejsce 🙂

Co do książek, to zawsze czytałam, ale ostatnio raczej tylko w łóżku, przed spaniem. Aż tu nagle nastąpiła klęska urodzaju – nie dość, że przywiozłam sobie z Polski serię Wiedźminów do ponownego przeczytania, to również dołączyłam do nowo powstałego Book club w pracy. Pierwszą książką było ‘Becoming’ Michelle Obamy – bardzo ciekawa lektura, łatwo się czyta, i szczerze polecam, i ze względu na historię Michelle, wywodzącej się z przeciętnej, niezamożnej rodziny na południu Chicago, jak też Baracka, no i oczywiście prezydentury. Drugim wyborem, który teraz czytamy, jest historia o Trumpie, napisana przez jego siostrzenicę Mary, więc moja grupa lubi ambitne lektury 😉 Tak więc delektuję się powyższymi, wreszcie skończyłam ‘Homo Deus’ Harariego (ciekawa ale styl dziwny, taki strumień przemyśleń, no i nie wiem, czy faktycznie już jutro sztuczna inteligencja przejmie władzę nad światem, szczerze wątpię), łykam Wiedźmina (co tom to lepszy), a w kolejce już czeka 5-ta część kryminału o Cormoranie Strike’u autorstwa (niepopularnej ostatnio) JK Rowling, ps. Robert Galbraith, i kilka innych… Na nowo odkryłam przyjemność czytania w dzień, dla relaksu, i lubię to uczucie, kiedy nie chce się odkładać książki na bok (jeszcze jedna strona!).

A tu pierwsza próbka z mojego nowego aparatu fotograficznego, oczywiście automat, ale niezły (tylko muszę w końcu obejrzeć instrukcje)

Staycations w Donegal

Rząd zachęca do staycations i odradza wyjazdy za granicę, więc żeby nie było, że my tacy niepatriotyczni, to w czerwcu zarezerwowałam weekend w Letterkenny, co. Donegal. Od nas to 3.5-4 godziny jazdy, więc zawsze za daleko. Tym razem pojechaliśmy na krócej niż planowałam, tylko 3 noce i 2 pełne dni, ale wrócę tam z rodzicami, bo county jest przepiękne! Oczywiście, jeśli pogoda łaskawie dopisze (nam się poszczęściło).

Letterkenny to niezła baza wypadowa. Jedynym limitującym zwiedzanie aspektem są… pływy morza! Trzeba sprawdzić zawczasu godziny, bo jeśli chce się zwiedzić plaże w czasie odpływu, to mowa o południu, ale jeśli chcemy przypływ np. na kajaki, to trzeba czekać do 18, więc trzeba sprytnie planować zwiedzanie.

Pierwszego dnia najpierw pojechaliśmy na plażę Maghera niedaleko Ardara, gdzie się jaskinie, ale dostępne tylko w czasie odpływu. Byliśmy przed 11, i całe szczęście, bo po 12 już się zagęściło od ludzi (i samochodów na wąskiej drodze dojazdowej). Plaża przepiękna, z ciekawymi formacjami skalnymi i jaskiniami, i bardzo przyjemnie się brodziło w płytkiej wodzie i chodziło po piachu. Jedyna wada to że prywatny parking, pobierający 3e od auta, miał zamkniętą toaletę z powodu Covida. (Serio?? Chciałabym zobaczyć te powody, bo mi zaleciało po prostu lenistwem…) 5 minut jazdy od plaży jest też ładny wodospad Assaranca.

Donegal Maghera

Po spacerze pojechaliśmy do miasta Donegal. Miasto jak miasto, z zamkiem (zamkniętym z powodu Covida), trójkątnym skwerem w centrum, mnóstwem sklepów z pamiątkami i tweedem, i kilkoma knajpami. Zjedliśmy lunch w Dom’s Pier, z cudnym widokiem na ujście rzeki Eske i przepysznym Seafood chowder, łycha stała! O 16 (bo przypływ) mieliśmy rejs po zatoce promem Waterbus, ale szczerze mówiąc, można sobie darować. Za 20e od osoby płynie się pomiędzy zarośniętymi wysepkami, a największą atrakcją jest kolonia fok, widoczna z odległości. Nie polecam.

Donegal miasto

Drugiego dnia pojechaliśmy do miasta Dunfanaghy, gdzie mieliśmy zarezerwowaną jazdę końmi po plaży. Bardzo relaksująca przejażdżka, wręcz aż za bardzo – jako że byliśmy beginners, to szliśmy stępa, i tylko 3 razy krótko poszliśmy w kłus. Ale obiecaliśmy sobie z K., że zapiszemy się na lekcje, żeby nauczyć się podstaw jazdy, i następnym razem dołączyć do grupy galopującej 😉 Potem pojechaliśmy na Hornhead loop, skąd są piękne widoki na okolicę i morze.

Dongal Dunfanaghy

Do 18 musieliśmy zabić czas, bo dopiero wtedy mieliśmy kajaki w Falcarragh (ostrzegam – mała mieścina, w której nic nie ma). więc po drodze zwiedziliśmy jeszcze urocze ogrody Cluain na d’Tor.

Donegal ogrod

Kajaki też były bardzo przyjemne, aczkolwiek doszczętnie się zmoczyliśmy od pasa w dół, bo były odkryte, ale poza tym komfortowe. Na szczęście było ciepło i nie wiało 🙂

 

Z racji skróconego pobytu nie zdążyliśmy pojechać do Glenveagh National Park, do fortu Grianan Of Aileach, czy Ards forest park. Next time!

 

A jak poza tym wyglądają staycations w czasach zarazy?

Hotel był czysty, wszędzie dispensery z żelem odkażającym. Ale śniadanie było w formie bufetu – myślałam, że zabronili takiej formy, ale widać nie do końca. Nie czułam się komfortowo dotykając rączek pokryw, żeby je podnieść po kolei… I trzeba było zapisać się na godzinę. Poza tym nie można zejść do baru na drinka, trzeba zarezerwować stolik na kolację i dopiero wtedy można się napić. Raz poszłam popływać, też na zapisy, ale w basenie było tyle osób, że zachowanie chociaż metrowego dystansu pomiędzy liniami podczas pływania było niemożliwe, więc po 20 minutach wyszłam. Ale wróciliśmy ok i nic nam nie było, więc bez przesady, nie wpadajny w paranoję.

Ale główna wada staycations to ich cena. Za 3 noce w 4* hotelu, posiłki (2 lunche i 3 kolacje plus drinki) i atrakcje, bez paliwa, wyszło nas 750e. Trochę sporo.

*

Wróciliśmy w poprzedni wtorek, a w ciągu kilku kolejnych dni nastąpił wzrost zakażen w 3 county – Kildare, Laois i Offaly, związany głównie z meat factories (my mieszkamy w Kildare). Jak na złość, bo na zeszłą sobotę miałam zaplanowanego grilla, na którego zaprosiłam ludzi już w czerwcu! I nasz rząd w piątek o 18 ogłosił lokalny lockdown, ważny od północy, gdzie wjazd do/z 3 county jest zabroniony, z kilkoma wyjątkami. Zamknęli też restauracje/ bary serwujące posiłki wewnątrz (więc hotele znowu dostały po dupie). Kicha straszna…

Na szczęście imprezy na zewnątrz do 15 osób są dozwolone, więc grill się odbył, aczkolwiek bez gości spoza Kildare (trzeba będzie zrobić powtórkę!). Pogoda dopisała, jedzenie było pyszne, a altana na social distanced drinki przy świecach spisała się znakomicie 🙂