Wiosna, nareszcie

Dawno nie pisałam, ale o czym tu pisać. Nic się nie dzieje.

Lockdown trwa nadal. Dopiero od przyszłego tygodnia poluzują 5km, reszta dzieci wróci do szkół, ale sklepy i fryzjerzy nadal pozamykani (przynajmniej z maszynką i dobrymi nożyczkami strzyżenie K. idzie mi coraz lepiej i szybciej!), hotele może otworzą w czerwcu, itp. Szczepią niby na bieżąco, teraz leci grupa 70+, niedługo otworzy się strona z zapisami dla reszty populacji, i obiecują, że do końca czerwca większość dorosłych będzie zaszczepiona (uwierzę, jak zobaczę). O restauracjach nic jeszcze nawet nie mówią. Ludzie chcą bukować wakacje w Irlandii, ale ceny powalają, no i konkurencja jest wysoka.

Dlatego postanowiliśmy z K. że, o ile nie zamkną granic całkowicie, to na 100% my lecimy na ślub (papiery już odnowione) i zostajemy na wakacje w Polsce, bo tam przynajmniej się odpocznie, naje i napije dobrych rzeczy, i nie zbankrutuje! Spędzimy tydzień na moich ukochanych Mazurach i kilka dni w Tatrach, no i oczywiście tydzień z moją rodzinką. Nie wiemy, co będzie otwarte/ możliwe, ale tak czy siak ślub się odbędzie, i wakacje w prywatnych kwaterach też powinny być OK. Oczywiście mamy nadzieję na wesele, choćby w okrojonym gronie, ale to już zależy od rządu polskiego. Myślę jednak, że pomimo tego, że teraz wirus w Polsce hula, to zduszą tą falę, pogoda będzie lepsza, do tego szczepią coraz więcej i szybciej, więc czerwiec będzie czasem luzowania.

W międzyczasie w związku z niekończącym się lockdownem irlandzkim zaczęłam łamać przepisy, bo ileż można. Moje zdrowie psychiczne jest dla mnie dość ważne, więc spotykamy się z przyjaciółmi w niektóre weekendy, ale tylko para na raz, i tylko jeśli wszyscy (na oko) zdrowi. Nawet wczoraj mieliśmy gości na obiad, bo od grudnia ich nie widziałam, a poza tym chciałam poczuć świąteczny nastrój, a nie spędzić Wielkanoc jak każdy inny weekend.

Wyrwałam się też z domu kilka razy, i to nie tylko do pracy. Byliśmy w Dublinie w ambasadzie podpisać papiery do ślubu, i w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Johnstown Garden center (bardzo go lubię – ceny nie są niskie, ale wybór doniczek i roślin ogromny). W inny weekend pojechaliśmy do Woodies – oddalony o więcej niż 5km, ale skoro otwarty to essential! Garda w drodze powrotnej spytała gdzie jedziemy, do domu z Woodies, a to OK, stay safe, nie chcieli oglądać rachunku czy bagażnika.

Trafiło się ostatnio kilka ładnych i ciepłych dni, więc też od razu inaczej się człowiek czuje. Wyczyściliśmy patio i altanę, wsadziłam zakupione kwiatki, skosiłam trawę, wyczyściłam podjazd. W kolejce czeka odmalowanie płotów, oraz odświeżenie sypialni. W Patryka po robotach ogrodowych zrobiłam nawet pierwszego grilla na obiad, a w ten weekend posiedziałam trochę na leżaku i w altanie czytając książkę. Niestety dziś się oziębiło, i cały tydzień będzie chłodny z przymrozkami w nocy, więc wnieśliśmy niektóre rośliny do domu, a inne przykryliśmy, bo już wszystko kiełkuje, zielenieje i kwitnie!

Na spacery też chodzę regularnie, np. dziś byłam z koleżanką z pracy i jej psem nad rzeką:

Kot ma się świetnie, chyba aż za bardzo, bo mu się przytyło… teraz zaczęłam ważyć karmę, choć nie wyglądało, żeby jadł jakoś dużo, ale jak leży, to wygląda jak tłusta foczka, a nie kot! Wychodzi sobie też sam na ogród, wyleguje w słońcu, poluje na owady i gania ptaki. Czasem łazi za mną jak pies i kładzie się obok, ciągle wystawia brzuch do głaskania, a szczotkować można go w nieskończoność. Teraz nawet trzeba, bo linieje na potęge, i wszędzie lata jego sierść, pomimo nieustannego czesania! Nigdy nie odkurzaliśmy tak często…

Doom i gloom

Kopę lat, ale o czym tu pisać…


Święta spędziliśmy lokalnie, rezygnując z wylotu do Polski (bo najpierw w Polsce pozamykano wszystko i odwołano Sylwestra, a potem wyskoczyła historia z wariantem z UK, więc się zaczęłam bać utknięcia w Polsce na dłużej). Przynajmniej dostaliśmy last minute zaproszenie na Wigilię do Waterford, więc nie ominęła mnie wigilijna wyżerka! No i trochę się przewietrzyliśmy – Waterford, potem co. Cork na obiad świąteczny u teściów (nadal to-be), i jeszcze przejażdżka do Newbridge. A potem nas zamknęli znowu w Levelu 5, i to cholerne 5km mnie już o klaustrofobię przyprawia!!!
W ogóle rzygam już tym wirusem, ograniczeniami i tym, że życie jest on-hold. Gdy w maju zeszłego roku przekładaliśmy wesele na czerwiec tego roku, przez myśl by mi nie przeszło, że to gówno jeszcze będzie się panoszyć! Wprawdzie już była nadzieja w grudniu, bo szczepionki, ale potem rozhulał się nowy wariant brytyjski i znowu jesteśmy w ciemniej dupie… W Irlandii ponad 70% przypadków to ten nowy wariant, i czytałam, że w USA też zaczyna się ładnie rozprzestrzeniać. Jedyna nadzieja w szybkich szczepieniach, żeby przerwać ten łańcuch zakażeń. O ile na początku myślałam – ja poczekam, niech inni się zaszczepią najpierw, tak teraz jutro bym się dała pokłuć, jeśli byłoby to możliwe!
Wesele też mnie przyprawia o stres. Odnawiamy papiery, bo co innego pozostaje, poza odwołaniem ślubu, ale wtedy co – od nowa zabawa z papierami z Polski tu dla mnie? Wygląda na to, że jedziemy z tym koksem i o ile nie stanie się po drodze nic uniemożliwiającego wyjazd do Polski (mam nadzieję, że do czerwca Polska się już otworzy, i hotele, wesela itd. będą business as usual), to wyrywamy się stąd, choćby po trupach Gardziarzy chroniących dojazd do lotniska! Pytanie oczywiście, ile osób stąd da radę przybyć – kiepsko to wygląda… Ostatnie obostrzena to test PCR żeby w ogóle wjechać na lotnisko w Dublinie, PCR po powrocie, i obowiązkowa (!do tej pory to było zalecenie!) kwarantanna 14 dni (w domu, lub w hotelu dla niektórych krajów), chyba że drugi test się zrobi po 5-ciu dniach. Test PCR zaczyna się od 100e…. Oczywiście jest szansa, że do czerwca trochę odpuszczą, może wprowadzą tańsze i szybsze testy antygenowe, ale generalnie najłatwiej będą mieli ludzie zaszczepieni. Do tego Rajan odchudza grafik lotów, kolejny problem…
Więc skoro już będziemy opuszczać tę chwilowo-strasznie-klaustrofobiczną-i-histeryczną wyspę, a po powrocie będą problemy, to pomyślałam – wyjechać raz a dobrze! I zostać w Polsce na kilkutygodniowe wakacje – od dawna chodzą za mną Mazury, a i Tatry chciałam K. pokazać. Drążę temat, bo ja po prostu MUSZĘ się gdzieś wyrwać w najbliższym czasie, bo się uduszę!
A tutejszy rząd mnie wkurwia, bo zamiast sprzedawać informacje pozytywne, jak liczba zaszczepionych, to codziennie informuje o liczbie chorych/ w ICU/ zmarłych – zero podnoszenia na duchu, i tylko doom and gloom (nawet Mike O’Leary się ze mną w tym zgadza!). I zero światełka w tunelu, jakiejś obietnicy, że jak się teraz zepniemy, to za X tygodni poluzują to czy tamto. Nie – lockdown do 31 stycznia, przedłużony do 5 marca, proszę się nie spodziewać jakichś szalonych zmian po 5 marca, a w ogóle to proszę nie planować zagranicznych wakacji w tym roku, może staycations, a ze świętami Bożego Narodzenia to też ostrożnie………. NOSZ KURWA! Nie wspominając, że slepy pozamykane, fryzjerzy takoż (więc znowu strzygę K. – teraz w końcu zamówię nożyczki fryzjerskie z Avon), a w obrębie 5km to gówno jest.
Normalnie ckni mi się za Polską… Tam chociaż są pozory normalności, nie ma głupich 5km, można się spotykać z rodziną czy małą grupą przyjaciół, iść na zakupy czy do muzeum. No i widać, że szczepią!
Ulało mi się, wiem, ale już naprawdę zaczynam mieć dosyć. Jestem zmęczona i sfrustrowana, a do tego kolejne miesiące spędzę denerwując sie weselem, zamiast nim cieszyć. Nadzieja chyba tylko w ładnej pogodzie….
Oczywiście chodzę na spacery z przyjaciółkami, wymykam się na kawę do sąsiadki (wszelkie wizyty domowo-ogrodowe są zabronione), dogadzam sobie winem, świeczkami, herbatami, kąpielami, książkami itp., ale to działa na krótką metę. Pierwszy lockdown to było novum – ludziom podobało się spowolnienie tempa, pogoda była piękna, no i baliśmy się wirusa, ale każdy kolejny lockdown to już był wrzód na tyłku. A końca nie widać, przynajmniej nie w Irlandii…

Kot poprawia nam trochę humor. Wprawdzie potrafi być upierdliwy i dobijać się do sypialni od 5 rano, a czasem łazi i tęsknie miauczy nie wiadomo czemu (wyczesany, wygłaskany, nakarmiony, WTF??), ale jest śmieszny i rozkoszny, i nie potrafię się na niego wkurzać 🙂 Czasem dostaje wścieku i lata od sypialni do sypialni – w salonie na dole to brzmi, jakby kucyk nam biegał nad głowami! Gama dźwięków, jakie wydaje, jest spora – część jest mi znana po poprzednich kotach, ale część jest nowa. Wypuszczam go na ogród – łazi sobie trochę, obwąchuje meble (inne koty bywają na ogrodzie, więc to je czuje), siedzi i duma, czai się na ptaki, a potem ‘miau miau’ i leci do mnie lub dostojnie wraca. Pocieszny jest 🙂

A teraz z innej beczki. Z racji zimy oglądamy dużo TV, a RTE i SKY zapewniają rozrywkę na długie godziny.
Dwa dni temu obejrzeliśmy ostatni odcinek Vikings. 6 sezonów, i chyba dobrze, że teraz zakończyli – Wikingowie dotarli na Islandię, Grenlandię i nawet do Kanady, chrystianizacja staje naprzeciwko starym wierzeniom w bogów i Walhallę – coś się kończy, coś się zaczyna…. Serial jest świetny. Jedyne, czego się trochę czepnę, to że za mało było ostatnio…. flaków i krwi! Pierwsze sezony były pełne krwawych rytuałów i scen walki, a ostatnio wszystkie bitwy jakoś tak samo wyglądały. Podobało mi się to, że pokazano podboje, ale i układy Wikingów z Anglią, Francją, Rusią, no i wyprawy w rejon morza Śródziemnego. Wrażenie wywarło też na mnie widoczne równouprawnienie kobiet, zwłaszcza na polu bitwy. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to polecam – coś innego!
Innym serialem, gdzie jednym ciągiem łykaliśmy kolejne 3 sezony (jest jeszcze czwarty!), jest Yellowstone, z Kevinem Costnerem w roli głównej. Oh my oh my…. Ładnie się starzeje pan Bodyguard 😉 A serial opowiada o właścicielu ogromnego rancza w Montanie, jego rodzinie, kłopotach, biznesach i potyczkach… Z jednej strony Indianie chcący odzyskać ziemię czy postawić kasyno, z drugiej ubrani w kowbojskie kapelusze gangsterzy terroryzujący okolicę i wciskający każdemu swoje automaty do gry. Zderzają się dwa światy – kowboje, dla których styl życia chyba się za bardzo nie zmienił od 100 lat (jak zobaczyłam płócienne namioty, to wymiękłam….), i dla których ziemia to największy skarb, i biznesmeni, chcący w pięknej okolicy budować lotnisko, hotele i stoki narciarskie. Ogląda się rewelacyjnie, no i temat nieoklepany!
Inny ciekawy program, 10-odcinkowy (zgodziliśmy się z K., że 2-3 za dużo), to Terror, o wyprawie dwóch okrętów w połowie XIXw. na poszukiwanie przejścia północnego. Wprawdzie wsadzili tam jakieś nadprzyrodzone monstrum, ale poza tym bardzo ciekawy serial, pokazujący, z czym musieli sobie radzić odkrywcy przecierający szlaki… Człowiek od razu docenia ogień w kominku, gorącą herbatę i kieliszek wina, plus pełną lodówkę! Ale gdyby nie tacy szaleńcy…..
Serpent z kolei opowiada historię seryjnego mordercy, który w 1975-76 zabił, głównie w Tajlandii, wielu turystów backpackerów z różnych krajów europejskich. Wtedy paszporty podrabiało się znacznie łatwiej, dzięki czemu podróżował po Azji południowo-wschodniej używając imion i dokumentów swoich ofiar. Tylko dzięki uporowi młodego urzędnika holenderskiego konsulatu, który de facto niemal sam prowadził śledztwo na własną rękę, w końcu włącza się Interpol. Został nam do obejrzenia ostatni odcinek…
A przed chwilą właśnie skończyliśmy oglądać duńską serię The Investigation, przedstawiającą historię śledztwa w sprawie zabitej w 2018 na łodzi podwodnej dziennikarki Kim Wall. Historia oczywiście prawdziwa, i pozostaje się cieszyć, że zabójca został uznany winnym, pomimo braku konkretnej przyczyny śmierci (poćwiartowanie ciała i wyrzucenie obciążonych członków za burtę nie równa się morderstwu…). Dziwiła nas tylko metoda prowadzenia śledztwa, np. nieskalane notatkami i zdjęciami białe tablice, opóźnienia w zaangażowaniu specjalistów itd. Saga Noren z The Bridge powinna ich przeszkolić 😉

No a w piątek przyjedzie nowy SKY box, więc czyścimy na gwałt stary, a w ofercie wzięłam na kilka miesięcy sport i filmy za pół ceny. Więc K. już ogląda swoje piłki, a ja ostrzę sobie pazurki na kilka filmów na SKY, skoro już będziemy na bieżąco z programami i serialami!

I już grudzień…

I minęło 2 miesiące od ostatniego posta. Z czego 6 tygodni w levelu 5 czyli de facto lockdownie – zamknięte sklepy i fryzjerzy, obowiązek przebywania w obrębie 5km od domu poza wyjątkami itd. Nie wiem nawet, co robiłam, poza spacerami po okolicy, pracą, gotowaniem, upieczeniem kilku ciast ze śliwkami (sezon na węgierki), oglądaniem TV i czytaniem książek (skończyłam Wiedźmina!). Osiągnęłam nawet na kilka tygodni stan jakiegoś zen i spokoju wewnętrznego, ale już mi przeszło :-]

Tydzień temu przystroiłam dom świątecznie, a kominek jest w użyciu, bo coraz częściej jest zimno.

Mamy z K. bilety do Polski na święta, i zaczynam być podekscytowana wizją wyjazdu. O ile oczywiście polski rząd nie wyskoczy z jakim last minute pomysłem testów lub kwarantanny po przyjeździe, ale na razie nie mają tego w menu, więc fingers crossed. Hotel nam wprawdzie odwołano, ale wynajęliśmy apartament. Szkoda, że restauracje pozamykane, ale z drugiej strony poziom zawirusowania w Polsce jest wysoki, a zamknięte pomieszczenia z kiepskim obiegiem powietrza to świetne warunki do zarażenia, więc logika w tym akurat jest. Mam nadzieję, że uda się nam polecieć, i przynajmniej posiedzieć z rodziną i spotkać z kilkoma znajomymi, nawet jeśli tylko na długi spacer czy grzane wino na świeżym powietrzu 😉 Plan B to święta tu i moja pierwsza pieczona szynka!

Prezenty częściowo zamówiliśmy przez internet, a resztę kupiliśmy wczoraj – wzięliśmy dzień wolny z K. i skoczyliśmy do centrum handlowego. Pogoda się niestety popsuła, więc wyszły nici z pochodzenia po mieście, ale i tak shopping się udał, no i fajnie było wyjść między ludzi!

W czwartek wieczorem firma zorganizowała nam świąteczny event online. Fajnie było zobaczyć ludzi na monitorze, ale półtorej godziny rozwiązywania zagadek to jednak nie to samo, co wyjście na obiad i drinki w dużej grupie. Bokiem mi już wychodzi ten rok. Od marca pracuję z domu, w firmie byłam raz (zanosi się na kolejne wizyty w grudniu i styczniu), i o ile przyzwyczaiłam się do nowych warunków, to po prostu tęsknię za ludźmi! Naprawdę mam nadzieję, że wprowadzą już niedługo system hybrydowy, bo 2 dni pracy w domu, a reszta w biurze byłyby rozwiązaniem idealnym. Co z tego, że uskuteczniam wirtualne ‘kawy’ z niektórymi kolegami – interakcja twarzą w twarz jest zupełnie inna….

No ale jest światełko w tunelu, bo już kilka firm farmaceutycznych ogłosiło, że badania kliniczne szczepionek zakończyły się sukcesem, a agencje państwowe zaczęły analizować rezultaty. Tylko patrzeć, jak w ślad za UK inne kraje zaczną je rejestrować, a potem dystrybuować szczepionki. Oczywiście żadna firma nie jest w stanie wyprodukować nielimitowanej ilości w krótkim czasie, więc rządy będą musiały zaplanować kolejność grup, ale im więcej ludzi będzie odpornych, tym ekspansja wirusa będzie mniejsza.

Mechanizm tych nowych szczepionek jest raczej nowatorski, bo oparty na mRNA – fragmencie kodu genetycznego kodującego tzw. spike protein, fragment płaszcza koronawirusa. Normalnie w szczepionce znajduje się martwy nieaktywny wirus, lub jego fragment, które wywołują odpowiedź immunologiczną organizmu. W tym przypadku podaje się pacjentowi fragment mRNA, na podstawie którego jego własne komórki produkują fragment wirusa, który zostanie rozpoznany przez układ odpornościowy. Dotychczas wykorzystano ten mechanizm w kilku szczepionkach na małą skalę, ale pomysł jest genialny, bo pozwala na szybką modyfikację szczepionki – wystarczy tylko zmienić mRNA i voila! Jak każdy lek, tak i te szczepionki muszą przejść 3 etapy badań klinicznych, gdzie obserwuje się pacjentów i ustala dawki. Pfizer na przykład zaczął pracę nad szczepionką w marcu, w ciągu TYGODNIA od ogłoszenia przez WHO stanu pandemii, a dopiero 2 tygodnie temu ogłosili zakończenie badań klinicznych – czyli zeszło im 8 miesięcy, i to przy nieszczędzeniu środkow i najszybszym możliwym postępie prac.

Ludzie oczywiście będą się zastanawiać i wahać, i się nie dziwię. Z tym, że kilku moich znajomych przeszło Covid-19, i powiem tak – wolałabym go nie złapać. Kolega – szczupły, na śniadanie codziennie owsianka z ziarenkami i miodem, na rowerze jeździł po kilkaset km w weekendy – po zakażeniu nie dość, że stracił węch i smak na kilka miesięcy, to jeszcze był wiecznie zmęczony, i do tej pory nie odzyskał pełni formy. Drugi znajomy też bez nadwagi, też rowerowy, z rodzinną historią chorób serca. Z dnia na dzień poczuł jakiś ucisk w klatce piersiowej, forma mu siadła, poszedł do lekarza – serce. Musi się dokładniej przebadać, żeby powterdzić, czy to wirus jest winny (wyszedł mu wynik pozytywny przed wizytą w szpitalu – był kompletnie zaskoczony, podejrzewa, że jego syn przywlókł do domu z boiska), ale stawiam na to, że zakażenie przyczyniło się do szybkiej deterioracji serca, genetycznie predysponowanego do problemów. Tak więc utrzymujący się miesiącami kaszel to jedno, ale uszkodzenie przez wirusa płuc, serca czy innych organów to już inna bajka. Ja jak zwykle w zimie robię i piję warzywne soki, a do tego prewencyjnie suplementuję się witamią D, żeby układ odpornościowy utrzymać w dobrej formie, bo to podstawa. A jeśli szczepionka będzie wymagana przez linie lotnicze, to pierwsza stanę w kolejce po jab 😉

A z innych nowości to mamy z K. nowego współlokatora 😀 Znaleziony, niekradziony! Straszny pieszczoch, uwielbia być głaskany i czesany szczotką, bardzo wokalny, a oczy robi czasem jak Puss in boots ze Shreka…. Więc zwlekam się z łóżka dać mu jeść, zanim wrócę pod kołdrę czytać newsy przed wstaniem, ale kto by się oparł temu miauczeniu i spojrzeniu! 😉 A na zdjęciu poniżej ulubiona zabawka – wybrzebany niewiadomoskąd plastikowy hełm… Gdzieś go wetknął w nocy, trzeba będzie podnosić kanapy i szukać!

I po lecie….

I minęła reszta lata, i zaczyna się pomału klasyczna jesień irlandzka, czyli leje i wieje… Ale, zważywszy na okoliczności przyrody, fajnie nam minął sierpień i wrzesień, z jedynym wyjątkiem rezygnacji z wyjazdu do Chorwacji (i związaną z tym utratą kasy za bilety – ale pieniądze rzecz nabyta…).

Kildare było w lockdownie 3.5 tygodnia, lecz poradziliśmy sobie jakoś, np. zaczynając nieopodal lekcje jazdy konnej, po naszej przygodzie w Donegal 🙂 Jeździmy sobie co 2 tygodnie, wiadomo – są wzloty i upadki (póki co przysłowiowe tylko), ale praktyka czyni mistrza. A godzinka na powietrzu, na grzbiecie konia, to czysta przyjemność (następne dni są nieco problematyczne, ale do przeżycia).

Wykorzystałam altanę, ile mogłam – oprócz zapraszania znajomych a to na kawę/ drinka czy małego grilla, każdego ciepłego popołudnia, po pracy, szłam tam na godzinkę czytać książkę. W wolne weekendy smażyłam się na słońcu lub znowu siedziałam w altanie, oczywiście czytając. Bardzo przyjemne i relaksujące miejsce 🙂

Co do książek, to zawsze czytałam, ale ostatnio raczej tylko w łóżku, przed spaniem. Aż tu nagle nastąpiła klęska urodzaju – nie dość, że przywiozłam sobie z Polski serię Wiedźminów do ponownego przeczytania, to również dołączyłam do nowo powstałego Book club w pracy. Pierwszą książką było ‘Becoming’ Michelle Obamy – bardzo ciekawa lektura, łatwo się czyta, i szczerze polecam, i ze względu na historię Michelle, wywodzącej się z przeciętnej, niezamożnej rodziny na południu Chicago, jak też Baracka, no i oczywiście prezydentury. Drugim wyborem, który teraz czytamy, jest historia o Trumpie, napisana przez jego siostrzenicę Mary, więc moja grupa lubi ambitne lektury 😉 Tak więc delektuję się powyższymi, wreszcie skończyłam ‘Homo Deus’ Harariego (ciekawa ale styl dziwny, taki strumień przemyśleń, no i nie wiem, czy faktycznie już jutro sztuczna inteligencja przejmie władzę nad światem, szczerze wątpię), łykam Wiedźmina (co tom to lepszy), a w kolejce już czeka 5-ta część kryminału o Cormoranie Strike’u autorstwa (niepopularnej ostatnio) JK Rowling, ps. Robert Galbraith, i kilka innych… Na nowo odkryłam przyjemność czytania w dzień, dla relaksu, i lubię to uczucie, kiedy nie chce się odkładać książki na bok (jeszcze jedna strona!).

A tu pierwsza próbka z mojego nowego aparatu fotograficznego, oczywiście automat, ale niezły (tylko muszę w końcu obejrzeć instrukcje)

Staycations w Donegal

Rząd zachęca do staycations i odradza wyjazdy za granicę, więc żeby nie było, że my tacy niepatriotyczni, to w czerwcu zarezerwowałam weekend w Letterkenny, co. Donegal. Od nas to 3.5-4 godziny jazdy, więc zawsze za daleko. Tym razem pojechaliśmy na krócej niż planowałam, tylko 3 noce i 2 pełne dni, ale wrócę tam z rodzicami, bo county jest przepiękne! Oczywiście, jeśli pogoda łaskawie dopisze (nam się poszczęściło).

Letterkenny to niezła baza wypadowa. Jedynym limitującym zwiedzanie aspektem są… pływy morza! Trzeba sprawdzić zawczasu godziny, bo jeśli chce się zwiedzić plaże w czasie odpływu, to mowa o południu, ale jeśli chcemy przypływ np. na kajaki, to trzeba czekać do 18, więc trzeba sprytnie planować zwiedzanie.

Pierwszego dnia najpierw pojechaliśmy na plażę Maghera niedaleko Ardara, gdzie się jaskinie, ale dostępne tylko w czasie odpływu. Byliśmy przed 11, i całe szczęście, bo po 12 już się zagęściło od ludzi (i samochodów na wąskiej drodze dojazdowej). Plaża przepiękna, z ciekawymi formacjami skalnymi i jaskiniami, i bardzo przyjemnie się brodziło w płytkiej wodzie i chodziło po piachu. Jedyna wada to że prywatny parking, pobierający 3e od auta, miał zamkniętą toaletę z powodu Covida. (Serio?? Chciałabym zobaczyć te powody, bo mi zaleciało po prostu lenistwem…) 5 minut jazdy od plaży jest też ładny wodospad Assaranca.

Donegal Maghera

Po spacerze pojechaliśmy do miasta Donegal. Miasto jak miasto, z zamkiem (zamkniętym z powodu Covida), trójkątnym skwerem w centrum, mnóstwem sklepów z pamiątkami i tweedem, i kilkoma knajpami. Zjedliśmy lunch w Dom’s Pier, z cudnym widokiem na ujście rzeki Eske i przepysznym Seafood chowder, łycha stała! O 16 (bo przypływ) mieliśmy rejs po zatoce promem Waterbus, ale szczerze mówiąc, można sobie darować. Za 20e od osoby płynie się pomiędzy zarośniętymi wysepkami, a największą atrakcją jest kolonia fok, widoczna z odległości. Nie polecam.

Donegal miasto

Drugiego dnia pojechaliśmy do miasta Dunfanaghy, gdzie mieliśmy zarezerwowaną jazdę końmi po plaży. Bardzo relaksująca przejażdżka, wręcz aż za bardzo – jako że byliśmy beginners, to szliśmy stępa, i tylko 3 razy krótko poszliśmy w kłus. Ale obiecaliśmy sobie z K., że zapiszemy się na lekcje, żeby nauczyć się podstaw jazdy, i następnym razem dołączyć do grupy galopującej 😉 Potem pojechaliśmy na Hornhead loop, skąd są piękne widoki na okolicę i morze.

Dongal Dunfanaghy

Do 18 musieliśmy zabić czas, bo dopiero wtedy mieliśmy kajaki w Falcarragh (ostrzegam – mała mieścina, w której nic nie ma). więc po drodze zwiedziliśmy jeszcze urocze ogrody Cluain na d’Tor.

Donegal ogrod

Kajaki też były bardzo przyjemne, aczkolwiek doszczętnie się zmoczyliśmy od pasa w dół, bo były odkryte, ale poza tym komfortowe. Na szczęście było ciepło i nie wiało 🙂

 

Z racji skróconego pobytu nie zdążyliśmy pojechać do Glenveagh National Park, do fortu Grianan Of Aileach, czy Ards forest park. Next time!

 

A jak poza tym wyglądają staycations w czasach zarazy?

Hotel był czysty, wszędzie dispensery z żelem odkażającym. Ale śniadanie było w formie bufetu – myślałam, że zabronili takiej formy, ale widać nie do końca. Nie czułam się komfortowo dotykając rączek pokryw, żeby je podnieść po kolei… I trzeba było zapisać się na godzinę. Poza tym nie można zejść do baru na drinka, trzeba zarezerwować stolik na kolację i dopiero wtedy można się napić. Raz poszłam popływać, też na zapisy, ale w basenie było tyle osób, że zachowanie chociaż metrowego dystansu pomiędzy liniami podczas pływania było niemożliwe, więc po 20 minutach wyszłam. Ale wróciliśmy ok i nic nam nie było, więc bez przesady, nie wpadajny w paranoję.

Ale główna wada staycations to ich cena. Za 3 noce w 4* hotelu, posiłki (2 lunche i 3 kolacje plus drinki) i atrakcje, bez paliwa, wyszło nas 750e. Trochę sporo.

*

Wróciliśmy w poprzedni wtorek, a w ciągu kilku kolejnych dni nastąpił wzrost zakażen w 3 county – Kildare, Laois i Offaly, związany głównie z meat factories (my mieszkamy w Kildare). Jak na złość, bo na zeszłą sobotę miałam zaplanowanego grilla, na którego zaprosiłam ludzi już w czerwcu! I nasz rząd w piątek o 18 ogłosił lokalny lockdown, ważny od północy, gdzie wjazd do/z 3 county jest zabroniony, z kilkoma wyjątkami. Zamknęli też restauracje/ bary serwujące posiłki wewnątrz (więc hotele znowu dostały po dupie). Kicha straszna…

Na szczęście imprezy na zewnątrz do 15 osób są dozwolone, więc grill się odbył, aczkolwiek bez gości spoza Kildare (trzeba będzie zrobić powtórkę!). Pogoda dopisała, jedzenie było pyszne, a altana na social distanced drinki przy świecach spisała się znakomicie 🙂

Lato :-)

No nareszcie forma mi wróciła, a humor dopisuje. Zasługa to kilku rzeczy, m.in. poluzowań fazy 3 i możliwości wypadu do rodziców K., z szybkim zwiedzeniem Limerick’u po drodze:

Limerick Jul 20

W czasie kolejnego weekendu zrobiliśmy wypad do Bray, żeby przejść się ścieżką do Greystones, long overdue! Trochę luda było, ścieżka mogłaby być szersza, ale widoki bardzo przyjemne:

Bray Jul 20

Po powrocie padliśmy jak betki – niby było pochmurno, ale woda plus wiatr zrobiły swoje. Ale potem daliśmy radę zrobić bardzo udanego grilla z towarzyszami wyprawy, a po jedzeniu siedliśmy na drinki i tym sposobem ochrzciliśmy….

Nasz prezent (przed)ślubny – altankę! Sąsiad odwalił kawał dobrej roboty, wliczając całą budowę i malowanie. Ja wniosłam wkład olejując decking, szyjąc poduchy i material na baldachim. K. wkopał roślinki i wysypał korę, i voila!

Altana Jul 20

Przyznacie, że altanka bardziej cieszy oko, niż 3 na wpół-uschłe cyprysiki… Przy okazji wyniosłam z kuchni dwa wielkie wiklinowe fotele – tam pasują idealnie, a ja mam więcej przestrzeni, i akurat przydała się na rowerek treningowy od kolegi (oboje teraz zawzięcie pedałujemy, trochę to jest uzależniające!). Do tego jestem eco-friendly, bo dach ma 20m2 i woda ścieka do beczki na podlewanie kwiatków – 220L a zapełniła się w 2 tygodnie! Bardzo fajnie się tam siedzi po południu czy wieczorem, czyta i popija herbatę lub wino. Ale oczywiście największy pożytek będzie z niej w czasie większych spotkań towarzyskich 🙂

Do tego wszystkiego poleciałam też do Polski na urlop 🙂 Jak na 4.5 dnia był to pobyt bardzo satysfakcjonujący – zobaczyłam całą rodzinę (udało się nawet w brydża zagrać!), zrobiłam zakupy  i wysłałam sobie paczkę, zaliczyłam dentystę,  i spotkałam z licealną przyjaciółką – super-efektywnie spędzony czas! Teraz siedzę w domu i się ‘izoluję’, co nie przeszkadza K. jeździć do pracy (pytał, czy ma pracować z domu, ale nie), ale warto było!

A podróż to była prawie sama przyjemność. Lotnisko puste, kolejki krótkie, samolot wyleciał punktualnie i wylądował przed czasem, i jedyne felery to noszenie maseczki cały czas na lotnisku i w samolocie, i to, że nie serwują na pokładzie kawy i herbaty (nie rozumiem, dlaczego??).

(A żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, to rząd irlandzki w końcu opublikował listę krajów, po powrocie z których nie trzeba się izolować – mniej niż 10, wliczając Grenlandię….. Ale non-essential travel nadal jest odradzana – czyli po prostu nie chcą, żeby ludzie latali gdziekolwiek, kropka. Mamy Chorwację na wrzesień, zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie. Nie będę martwić się na zapas, nie warto.)

Lato dopiero na półmetku, i nie jest źle! 😀

Politycznie

No dzieje się w polityce, polskiej i irlandzkiej.

Od dziś mamy w końcu rząd! W wyborach dwie główne partie, Fianna Fail i Fine Gael, dostały po równo głosów (po 1/3), więc musiały sformować rząd razem – taka wola ludu. Ale do większości brakło im kilku posłów, więc była opcja albo wejść w koalicję z Zielonymi (Green party), albo z posłami niezależnymi. I po długich pertraktacjach Zieloni zawarli pakt z FF i FG, więc mamy nowoczesny, pro-ekologiczny rząd, z premierem Micheal Martin’em (FF) sprawującym urząd przez pierwsze 2.5 roku, potem zastąpionym przez ustępującego Leo Varadkar’a (FG). Oczywiście obecność Zielonych wiąże się z wizją podniesienia Carbon tax itd., ale z racji tego, że koalicja składa się z 3 partii, żadne radykalne pomysły raczej nie przejdą.

W poniedziałek wchodzimy w fazę 3 luzowania obostrzeń, gdzie prawie wszystko będzie juz otwarte, aczkolwiek ze ścisłymi regulacjami w restauracjach i pubach. Nadal nie ma jasności co do podróży poza wyspę, ale mają do 9 lipca ogłosić listę krajów bezpiecznych, do których będzie można podróżować bez obowiązku kwarantanny po powrocie. Polski raczej się na tej liście nie spodziewam.

Chorwacja pewnie będzie, ale co mi po tym, skoro kochany Aerlingus odwołał mi lot w zeszłą niedzielę. Zażądałam więc refundu i kupiłam nowe bilety, w Ryanair, na wrzesień.

Mam jeszcze bilety w lipcu do Polski, ale nie zdziwię się, jak Rajan odwoła w ostatniej chwili. Jak nie odwoła, to polecę, i zaizoluję się po powrocie, trudno. Wakacje wakacjami, ale my – imigranci – mamy rodziny i przyjaciół w innych krajach do cholery, a nie pod bokiem, i też chcielibyśmy ich zobaczyć. Dużo ludzi o tym nie myśli…

To tyle z tutejszego podwórka.

 

W Polsce jutro wybory prezydenckie (Plastuś kontra ktokolwiek inny!).

Ja do zeszłego roku nie głosowałam w żadnych polskich wyborach, odkąd przyjechałam do Irlandii, bo skoro tam nie mieszkam, to nie będę się wtrącać, a poza tym trzeba by jechać do konsulatu do Dublina. W październiku akurat byłam w Polsce na wybory, więc zagłosowałam, bo to co się tam wyprawia, przechodzi ludzkie pojęcie. Teraz, przy okazji wyborów korespondencyjnych, też się zarejestrowałam. Pakiet przyszedł w poniedziałek, i tego samego dnia odniosłam na pocztę, żeby zdążył dojść do ambasady. Pakiet zawierał kartę do głosowania, którą trzeba było włożyć w białą kopertkę, a tą w dużą szarą kopertę, z dodatkowym zaświadczeniem o oddaniu głosu. Mam nadzieję, że pomówienia ambasad o nierzetelność są wyssane z palca. W każdym razie zrobiłam, co mogłam. Wszyscy polscy sąsiedzi też głosowali. Ogółem ponoć 380 tysięcy Polonii zarejestrowało się w tych wyborach! Nie wszędzie ludzie mieli taką możliwość, czasem pakiety nie spełniały wymogów (brak stempla okręgowej komisji wyborczej, przezroczyste koperty na głos), niektórzy dostali pakiety późno. Ale mam nadzieję, że znakomita większość głosujących oddała ważny głos, który nigdzie po drodze nie ‘zginie’.

Duda rozczarował mnie bardzo. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak bezkrytyczny i tak mocno związany z PiS. Jak ktoś skomentował na necie – Duda nie wybiera, którą ustawę podpisze, kiedy podpisze, on co najwyżej może ewentualnie wybrać sobie długopis, którym ją podpisze..

Nie mniej rozczarowała mnie szanowna małżonka. Zwracam honor wszystkim poprzedniczkom, o których myślałam, że były mało reprezentatywne. Ta rokowała dobrze, ale nie zrobiła przez 5 lat chyba nic, o czym mogłam usłyszeć lub przeczytać.

 

I to ładnie nawiązuje do kolejnego tematu. Oglądamy program Hillary, o pani Clinton. Kobieta, która związała się w polityką od razu po studiach prawniczych, i stworzyła z Billem świetny tandem. Nie wiedziałam, że za jego prezydentury (prawie 30 lat temu) ona pracowała nad programem powszechnie dostępnej opieki medycznej! Że prezydentem został bufon Donald, który nawet nie potrafi sklecić zdania złożonego, który nadużywa słów tremendous (np. że Duda robi tremendous job w Polsce – wiedzieliście?) i best (Ameryka ma oczywiście wszystko the best), a nie ta stara wyjadaczka, inteligentna i wykształcona, było szokujące. Jedyna pociecha jest taka, że świat przeżył prezydenturę Trumpa, USA nadal stoi, Korea Północna nadal nikogo nie zaatakowała, jest OK.

No to tyle sobotniej prasówki politycznej.

Mam nadzieję, że w poniedziałek Polacy obudzą się z nowym, innym prezydentem! (lub przynajmniej wizją drugiej tury).

Definitywnie

Dziwna to była wiosna i dziwne będzie to lato.

Przeczytałam w WO ciekawy wywiad z psychologiem na temat tego, jak pandemia wpływa na psychikę, i jaki długotrwałe skutki mogą nam towarzyszyć. Było nawet porównanie do traumy i PTSD, ale przede wszystkim dużo o lęku, niepewności, strachu, nerwowości.

Wiadomo, jednych to doświadczenie dotknie mniej, drugich bardziej, ale ważne jest, żeby nie negować i wypierać swoich uczuć, rozpoznać je i zaadresować, i się ‘pamperować’ na różne sposoby.

Ja generalnie jestem osobą optymistyczną. Mam czasem jakiegoś dołka, ale już na drugi dzień budzę się z planem akcji i wyciągam się sama z dołka za uszy. W czasie ostatnich miesięcy zauważyłam, że dołki stały się częstsze i głębsze, wielokrotnie płakałam i czułam złość/ przygnębienie/ żal/ wkurw/ bezsilność itd. Ale pozwoliłam sobie na to wszystko, bo czasy są niezwyczajne. I nie tylko chodziło o ślub i wesele, z takim wysiłkiem planowane, a teraz przełożone o rok. Chodziło też o brak wolności, o nałożone ograniczenia, o niemożność spotkań z przyjaciółmi. A wizja tego, że nawet wyczekiwane wakacje w Chorwacji nie dojdą do skutku, dopełniała czary goryczy. I ja wiem, że i tak jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji, mogąc pracować z fajnego domu z ogrodem, będąc zdrowymi i posiadając możliwość kontaktu z ludźmi przez internet. I dlatego czasem czułam, że moja złość jest nieusprawiedliwiona, skoro mogłoby być dużo gorzej. Ale w końcu każdy ma swoje zmartwienia i problemy, i własne uczucia, i moje były akurat takie, więc wrzuciłam na luz i przestałam się obwiniać.

Mam sposoby na chandrę, na pewno pomagają. Od początku marca pracuję z domu, ale utrzymuję prywatny kontakt z niektórymi kolegami, gadamy czasem kilka minut, czasem ponad godzinę. Mam rutynę ćwiczeń HIIT, zaczęłam je żeby schudnąć przed ślubem, ale fajnie się po nich czuję, więc kontynuuję, w porze lunchu 3-4 razy w tygodniu. Przy okazji dobrze wstać od laptopa, zrobić sobie aktywną przerwę i naładować baterie. Po powrocie K. z pracy i w weekendy chodzimy na spacery kilka razy w tygodniu, czasem idę też dodatkowo z sąsiadką. Wygoniłam go też znowu na jogging, a od kolegi weźmiemy jeszcze rowerek treningowy. Wysiłek bardzo dobrze wpływa i na dobry stan psychiczny, i oczywiście na formę fizyczną, więc win win.

Dużo więcej gotuję, bo siedzę w domu, a normalnie jadłam w pracy. W sumie na dobre wyszło, bo K. strasznie narzekał na swoją kantynę, że ciągle to samo, wszędzie frytki i smażenina, i nie chciał tego jeść. Wprawdzie czasem mnie już męczy to wymyślanie, co znowu upichcić, ale żeby sobie ułatwić życie gotuję więcej niż dwie porcje i mrożę, i zawsze mamy na podorędziu pizze jako ostatnią deskę ratunku.

Ale mój nastrój zdecydowanie poprawił się w ciągu ostatnich kilku tygodni. Stopniowe zniesienie lockdownu i powrót do normalności działają cuda – sklepy są otwarte, można pojechać dalej od domu (ale jak na złość Co. Kildare nie ma dostępu do morza, a marzy mi się plaża), ale co najważniejsze – można się spotykać z ludźmi! 2 tygodnie temu zaliczyliśmy dwa spotkania towarzyskie, jutro kolejne, za tydzień znowu, i optymistycznie wysłałam wiadomość do moich znajomych, że zapraszam na dużą imprezę w sierpniu. Do tego czasu już mam nadzieję wszystkie obostrzenia dotyczące liczby ludzi itd. zostaną zniesione.

Nastrój poprawiło mi też zaplanowanie długiego, bo na 4 noce, weekendu w Donegal z K. Zawsze jest za daleko, żeby pojechać na jedną noc, więc teraz w bank holiday pojedziemy na dłużej, i na spokojnie pozwiedzamy i się zrelaksujemy.

Ale największym optymizmem napawa mnie to, że nagle wakacje w Chorwacji wydają się całkiem realne… Nie zrezygnowałam z hotelu, bo mam czas do początku lipca. Lot odwołany jeszcze nie jest. Chorwacja się otworzyła na turystów, i zniesiono tam kwarantannę. Więc jedynym problemem jest Irlandia – zakaz non-essential travel i 14-dniowa kwarantanna po powrocie. Z tego, co przeczytałam wczoraj, zdaje się, że głównym powodem tych obostrzeń jest strach przed napływem Brytyjczyków, bo w UK wirus szaleje. Ale w takiej Chorwacji przypadków było mniej niż 3 tys., a zgonów 107, więc nie podoba mi się wrzucanie wszystkich do jednego worka. Ale teraz wszystko się szybko zmienia, więc może i Irlandia zmięknie w ciągu kolejnych tygodni. Poza tym co to znaczy non-essential? Dla mojego zdrowia psychicznego ten wyjazd by zdziałał cuda! Boję się tego wzrastającego podekscytowania, trzymam je na wodzy, ale nadzieja jest. A rząd niech się zdecyduje wte albo wewte – wyjazdy nie są zalecane ale nie są w końcu nielegalne, kwarantanna jest ‘strongly recommended’ ale nie obowiązkowa, więc messages are mixed. Do tego kraje EU otwierają granice i likwidują kwarantanny (w tym Polska, gdzie wirus też ma się świetnie, co mnie dziwi, zważywszy na wprowadzone w marcu środki!), linie wznawiają loty, ludzie chcą się wyrwać i odpocząć. I myślę, że teraz jest najbezpieczniej na to pozwolić, z dobrą pogodą na horyzoncie.

Lockdown pozwolił przyjrzeć się sobie i najbliższym, czasem aż zanadto. Ujawnił, które związki są zdrowe, a które toksyczne, na kim i na czym zależy nam najbardziej, co nas cieszy, a co stresuje. Jakie mamy w życiu priorytety.

Moje to definitywnie K., moja rodzina, przyjaciele i wyjazdy. That keeps me happy 🙂

PS. A teraz proszę wypić nasze zdrowie, bo za 2 godziny bylibyśmy już Mr & Mrs !

Normal people

Właśnie zmęczyliśmy, bo inaczej tego się nie da określić, ostatni 12-sty odcinek irlandzkiego serialu Normal People. Bardzo na topie i w ogóle wszyscy się nim zachwycają i och i ach jakie mamy talenty i historia jaka wciągająca.

Chyba inny serial oglądaliśmy.

Gniot. Nudny gniot, w dodatku udekorowany wciskanymi na siłę i bez potrzeby scenami seksu i golizny, nawet kilku full frontal. Akcja dzieje się niby na przestrzeni kilku lat (koniec liceum i studia), ale aktorzy nie zmieniają fryzur ani razu, ba – główny aktor wygląda, jakby w ogóle się nie ostrzygł w czasie kręcenia!

A historia jest taka: liceum, on popularny piłkarz i ona, odosobniona inteligentka, zaczynają ze sobą sypiać. Lubią się, ale oficjalnie ze sobą nie chodzą, no bo wstyd. Studia – teraz to ona jest cool i trendy, a on taki kmiotek trochę, musi się rozruszać. On wynajmuje na spółkę pokój z innym studentem, a ona ma szczęście mieszkać w kamienicy rodzinnej, i chla litrami wino z ynteligentnymi przyjaciółmi. Aha, naoglądała się też chyba za dużo 50 shades of Grey, bo zaczyna się lubować w klapsach itd. I tak się to toczy, kolejny rok mija, wakacje (ładne plenery włoskie – najlepszy odcinek chyba), potem ona w Szwecji na Erazmusie, potem wraca,  schodzą się, kończą studia, i na szczęście sezon też się kończy, uff.

Been there, done that (minus klapsy), i chyba miałam bardziej interesujące przeżycia na studiach niż ta para razem wzięta.

Naprawdę nie rozumiem fascynacji tym serialem.

Ktoś mi objaśni??

Update majowo-covidowy

No i nadal jest kiepsko. Wprawdzie Europa pomału wychodzi z kryzysu wirusowego, popadając z kolei w ekonomiczny, ale różne kraje przyjmują różne strategie. Od Szwecji (życie prawie normalne) przez Holandię (brak uciążliwych ograniczeń) przez Irlandię (metoda małych kroków co 3 tygodnie – w związku z tym zakaz wyjazdu poza swoją okolicę do 20 lipca!!) do Polski (chaotyczne decyzje pt. otwieramy hotele! – A nie, jednak tylko pensjonaty. – A jednak hotele! I żłobki!).

W związku z tą niepewnością, brakiem jasnych wytycznych, obecnością  kwarantanny i tu, i w Polsce, itd. niestety zostaliśmy zmuszeni przełożyć wesele. O rok. Rozważaliśmy opcję września, ale wtedy siedzielibyśmy jak na szpilkach przez kolejne miesiące, a potem mogłoby się okazać, że znowu musimy przekładać, a terminów na lato już nie ma. Na szczęście właśnie udało się ustalić nową datę pasującą wszystkim stronom, i teraz moim jedynym zmartwieniem jest, czy uda się odzyskać w takiej czy innej formie kasę za bilety czerwcowe. Oby, i nam, i naszym niedoszłym Gościom!

Ale dół mnie dopadł, bo nie tylko że wesele przełożone, ale 2 tygodnie później mieliśmy jechać na koncert Gn’R, a w lipcu na Chorwację na tydzień, a ja potem jeszcze do Polski na kilka dni. I wszystko szlag trafił!

No nic. Pracuję nadal z domu, ćwiczę, chudnę, pogoda ładna więc się opalam 🙂 dom i ogród odpicowane i posprzątane, kwiatki lidl’owskie i super-valu’owskie zasadzone i cieszą oko. A na pociechę zafundujemy sobie w ramach prezentu (przed)ślubnego altankę 🙂 Póki co moja duma wygląda tak:

Ogród maj 20