Staycations w Donegal

Rząd zachęca do staycations i odradza wyjazdy za granicę, więc żeby nie było, że my tacy niepatriotyczni, to w czerwcu zarezerwowałam weekend w Letterkenny, co. Donegal. Od nas to 3.5-4 godziny jazdy, więc zawsze za daleko. Tym razem pojechaliśmy na krócej niż planowałam, tylko 3 noce i 2 pełne dni, ale wrócę tam z rodzicami, bo county jest przepiękne! Oczywiście, jeśli pogoda łaskawie dopisze (nam się poszczęściło).

Letterkenny to niezła baza wypadowa. Jedynym limitującym zwiedzanie aspektem są… pływy morza! Trzeba sprawdzić zawczasu godziny, bo jeśli chce się zwiedzić plaże w czasie odpływu, to mowa o południu, ale jeśli chcemy przypływ np. na kajaki, to trzeba czekać do 18, więc trzeba sprytnie planować zwiedzanie.

Pierwszego dnia najpierw pojechaliśmy na plażę Maghera niedaleko Ardara, gdzie się jaskinie, ale dostępne tylko w czasie odpływu. Byliśmy przed 11, i całe szczęście, bo po 12 już się zagęściło od ludzi (i samochodów na wąskiej drodze dojazdowej). Plaża przepiękna, z ciekawymi formacjami skalnymi i jaskiniami, i bardzo przyjemnie się brodziło w płytkiej wodzie i chodziło po piachu. Jedyna wada to że prywatny parking, pobierający 3e od auta, miał zamkniętą toaletę z powodu Covida. (Serio?? Chciałabym zobaczyć te powody, bo mi zaleciało po prostu lenistwem…) 5 minut jazdy od plaży jest też ładny wodospad Assaranca.

Donegal Maghera

Po spacerze pojechaliśmy do miasta Donegal. Miasto jak miasto, z zamkiem (zamkniętym z powodu Covida), trójkątnym skwerem w centrum, mnóstwem sklepów z pamiątkami i tweedem, i kilkoma knajpami. Zjedliśmy lunch w Dom’s Pier, z cudnym widokiem na ujście rzeki Eske i przepysznym Seafood chowder, łycha stała! O 16 (bo przypływ) mieliśmy rejs po zatoce promem Waterbus, ale szczerze mówiąc, można sobie darować. Za 20e od osoby płynie się pomiędzy zarośniętymi wysepkami, a największą atrakcją jest kolonia fok, widoczna z odległości. Nie polecam.

Donegal miasto

Drugiego dnia pojechaliśmy do miasta Dunfanaghy, gdzie mieliśmy zarezerwowaną jazdę końmi po plaży. Bardzo relaksująca przejażdżka, wręcz aż za bardzo – jako że byliśmy beginners, to szliśmy stępa, i tylko 3 razy krótko poszliśmy w kłus. Ale obiecaliśmy sobie z K., że zapiszemy się na lekcje, żeby nauczyć się podstaw jazdy, i następnym razem dołączyć do grupy galopującej 😉 Potem pojechaliśmy na Hornhead loop, skąd są piękne widoki na okolicę i morze.

Dongal Dunfanaghy

Do 18 musieliśmy zabić czas, bo dopiero wtedy mieliśmy kajaki w Falcarragh (ostrzegam – mała mieścina, w której nic nie ma). więc po drodze zwiedziliśmy jeszcze urocze ogrody Cluain na d’Tor.

Donegal ogrod

Kajaki też były bardzo przyjemne, aczkolwiek doszczętnie się zmoczyliśmy od pasa w dół, bo były odkryte, ale poza tym komfortowe. Na szczęście było ciepło i nie wiało 🙂

 

Z racji skróconego pobytu nie zdążyliśmy pojechać do Glenveagh National Park, do fortu Grianan Of Aileach, czy Ards forest park. Next time!

 

A jak poza tym wyglądają staycations w czasach zarazy?

Hotel był czysty, wszędzie dispensery z żelem odkażającym. Ale śniadanie było w formie bufetu – myślałam, że zabronili takiej formy, ale widać nie do końca. Nie czułam się komfortowo dotykając rączek pokryw, żeby je podnieść po kolei… I trzeba było zapisać się na godzinę. Poza tym nie można zejść do baru na drinka, trzeba zarezerwować stolik na kolację i dopiero wtedy można się napić. Raz poszłam popływać, też na zapisy, ale w basenie było tyle osób, że zachowanie chociaż metrowego dystansu pomiędzy liniami podczas pływania było niemożliwe, więc po 20 minutach wyszłam. Ale wróciliśmy ok i nic nam nie było, więc bez przesady, nie wpadajny w paranoję.

Ale główna wada staycations to ich cena. Za 3 noce w 4* hotelu, posiłki (2 lunche i 3 kolacje plus drinki) i atrakcje, bez paliwa, wyszło nas 750e. Trochę sporo.

*

Wróciliśmy w poprzedni wtorek, a w ciągu kilku kolejnych dni nastąpił wzrost zakażen w 3 county – Kildare, Laois i Offaly, związany głównie z meat factories (my mieszkamy w Kildare). Jak na złość, bo na zeszłą sobotę miałam zaplanowanego grilla, na którego zaprosiłam ludzi już w czerwcu! I nasz rząd w piątek o 18 ogłosił lokalny lockdown, ważny od północy, gdzie wjazd do/z 3 county jest zabroniony, z kilkoma wyjątkami. Zamknęli też restauracje/ bary serwujące posiłki wewnątrz (więc hotele znowu dostały po dupie). Kicha straszna…

Na szczęście imprezy na zewnątrz do 15 osób są dozwolone, więc grill się odbył, aczkolwiek bez gości spoza Kildare (trzeba będzie zrobić powtórkę!). Pogoda dopisała, jedzenie było pyszne, a altana na social distanced drinki przy świecach spisała się znakomicie 🙂

Lato :-)

No nareszcie forma mi wróciła, a humor dopisuje. Zasługa to kilku rzeczy, m.in. poluzowań fazy 3 i możliwości wypadu do rodziców K., z szybkim zwiedzeniem Limerick’u po drodze:

Limerick Jul 20

W czasie kolejnego weekendu zrobiliśmy wypad do Bray, żeby przejść się ścieżką do Greystones, long overdue! Trochę luda było, ścieżka mogłaby być szersza, ale widoki bardzo przyjemne:

Bray Jul 20

Po powrocie padliśmy jak betki – niby było pochmurno, ale woda plus wiatr zrobiły swoje. Ale potem daliśmy radę zrobić bardzo udanego grilla z towarzyszami wyprawy, a po jedzeniu siedliśmy na drinki i tym sposobem ochrzciliśmy….

Nasz prezent (przed)ślubny – altankę! Sąsiad odwalił kawał dobrej roboty, wliczając całą budowę i malowanie. Ja wniosłam wkład olejując decking, szyjąc poduchy i material na baldachim. K. wkopał roślinki i wysypał korę, i voila!

Altana Jul 20

Przyznacie, że altanka bardziej cieszy oko, niż 3 na wpół-uschłe cyprysiki… Przy okazji wyniosłam z kuchni dwa wielkie wiklinowe fotele – tam pasują idealnie, a ja mam więcej przestrzeni, i akurat przydała się na rowerek treningowy od kolegi (oboje teraz zawzięcie pedałujemy, trochę to jest uzależniające!). Do tego jestem eco-friendly, bo dach ma 20m2 i woda ścieka do beczki na podlewanie kwiatków – 220L a zapełniła się w 2 tygodnie! Bardzo fajnie się tam siedzi po południu czy wieczorem, czyta i popija herbatę lub wino. Ale oczywiście największy pożytek będzie z niej w czasie większych spotkań towarzyskich 🙂

Do tego wszystkiego poleciałam też do Polski na urlop 🙂 Jak na 4.5 dnia był to pobyt bardzo satysfakcjonujący – zobaczyłam całą rodzinę (udało się nawet w brydża zagrać!), zrobiłam zakupy  i wysłałam sobie paczkę, zaliczyłam dentystę,  i spotkałam z licealną przyjaciółką – super-efektywnie spędzony czas! Teraz siedzę w domu i się ‘izoluję’, co nie przeszkadza K. jeździć do pracy (pytał, czy ma pracować z domu, ale nie), ale warto było!

A podróż to była prawie sama przyjemność. Lotnisko puste, kolejki krótkie, samolot wyleciał punktualnie i wylądował przed czasem, i jedyne felery to noszenie maseczki cały czas na lotnisku i w samolocie, i to, że nie serwują na pokładzie kawy i herbaty (nie rozumiem, dlaczego??).

(A żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, to rząd irlandzki w końcu opublikował listę krajów, po powrocie z których nie trzeba się izolować – mniej niż 10, wliczając Grenlandię….. Ale non-essential travel nadal jest odradzana – czyli po prostu nie chcą, żeby ludzie latali gdziekolwiek, kropka. Mamy Chorwację na wrzesień, zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie. Nie będę martwić się na zapas, nie warto.)

Lato dopiero na półmetku, i nie jest źle! 😀

Politycznie

No dzieje się w polityce, polskiej i irlandzkiej.

Od dziś mamy w końcu rząd! W wyborach dwie główne partie, Fianna Fail i Fine Gael, dostały po równo głosów (po 1/3), więc musiały sformować rząd razem – taka wola ludu. Ale do większości brakło im kilku posłów, więc była opcja albo wejść w koalicję z Zielonymi (Green party), albo z posłami niezależnymi. I po długich pertraktacjach Zieloni zawarli pakt z FF i FG, więc mamy nowoczesny, pro-ekologiczny rząd, z premierem Micheal Martin’em (FF) sprawującym urząd przez pierwsze 2.5 roku, potem zastąpionym przez ustępującego Leo Varadkar’a (FG). Oczywiście obecność Zielonych wiąże się z wizją podniesienia Carbon tax itd., ale z racji tego, że koalicja składa się z 3 partii, żadne radykalne pomysły raczej nie przejdą.

W poniedziałek wchodzimy w fazę 3 luzowania obostrzeń, gdzie prawie wszystko będzie juz otwarte, aczkolwiek ze ścisłymi regulacjami w restauracjach i pubach. Nadal nie ma jasności co do podróży poza wyspę, ale mają do 9 lipca ogłosić listę krajów bezpiecznych, do których będzie można podróżować bez obowiązku kwarantanny po powrocie. Polski raczej się na tej liście nie spodziewam.

Chorwacja pewnie będzie, ale co mi po tym, skoro kochany Aerlingus odwołał mi lot w zeszłą niedzielę. Zażądałam więc refundu i kupiłam nowe bilety, w Ryanair, na wrzesień.

Mam jeszcze bilety w lipcu do Polski, ale nie zdziwię się, jak Rajan odwoła w ostatniej chwili. Jak nie odwoła, to polecę, i zaizoluję się po powrocie, trudno. Wakacje wakacjami, ale my – imigranci – mamy rodziny i przyjaciół w innych krajach do cholery, a nie pod bokiem, i też chcielibyśmy ich zobaczyć. Dużo ludzi o tym nie myśli…

To tyle z tutejszego podwórka.

 

W Polsce jutro wybory prezydenckie (Plastuś kontra ktokolwiek inny!).

Ja do zeszłego roku nie głosowałam w żadnych polskich wyborach, odkąd przyjechałam do Irlandii, bo skoro tam nie mieszkam, to nie będę się wtrącać, a poza tym trzeba by jechać do konsulatu do Dublina. W październiku akurat byłam w Polsce na wybory, więc zagłosowałam, bo to co się tam wyprawia, przechodzi ludzkie pojęcie. Teraz, przy okazji wyborów korespondencyjnych, też się zarejestrowałam. Pakiet przyszedł w poniedziałek, i tego samego dnia odniosłam na pocztę, żeby zdążył dojść do ambasady. Pakiet zawierał kartę do głosowania, którą trzeba było włożyć w białą kopertkę, a tą w dużą szarą kopertę, z dodatkowym zaświadczeniem o oddaniu głosu. Mam nadzieję, że pomówienia ambasad o nierzetelność są wyssane z palca. W każdym razie zrobiłam, co mogłam. Wszyscy polscy sąsiedzi też głosowali. Ogółem ponoć 380 tysięcy Polonii zarejestrowało się w tych wyborach! Nie wszędzie ludzie mieli taką możliwość, czasem pakiety nie spełniały wymogów (brak stempla okręgowej komisji wyborczej, przezroczyste koperty na głos), niektórzy dostali pakiety późno. Ale mam nadzieję, że znakomita większość głosujących oddała ważny głos, który nigdzie po drodze nie ‘zginie’.

Duda rozczarował mnie bardzo. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak bezkrytyczny i tak mocno związany z PiS. Jak ktoś skomentował na necie – Duda nie wybiera, którą ustawę podpisze, kiedy podpisze, on co najwyżej może ewentualnie wybrać sobie długopis, którym ją podpisze..

Nie mniej rozczarowała mnie szanowna małżonka. Zwracam honor wszystkim poprzedniczkom, o których myślałam, że były mało reprezentatywne. Ta rokowała dobrze, ale nie zrobiła przez 5 lat chyba nic, o czym mogłam usłyszeć lub przeczytać.

 

I to ładnie nawiązuje do kolejnego tematu. Oglądamy program Hillary, o pani Clinton. Kobieta, która związała się w polityką od razu po studiach prawniczych, i stworzyła z Billem świetny tandem. Nie wiedziałam, że za jego prezydentury (prawie 30 lat temu) ona pracowała nad programem powszechnie dostępnej opieki medycznej! Że prezydentem został bufon Donald, który nawet nie potrafi sklecić zdania złożonego, który nadużywa słów tremendous (np. że Duda robi tremendous job w Polsce – wiedzieliście?) i best (Ameryka ma oczywiście wszystko the best), a nie ta stara wyjadaczka, inteligentna i wykształcona, było szokujące. Jedyna pociecha jest taka, że świat przeżył prezydenturę Trumpa, USA nadal stoi, Korea Północna nadal nikogo nie zaatakowała, jest OK.

No to tyle sobotniej prasówki politycznej.

Mam nadzieję, że w poniedziałek Polacy obudzą się z nowym, innym prezydentem! (lub przynajmniej wizją drugiej tury).

Definitywnie

Dziwna to była wiosna i dziwne będzie to lato.

Przeczytałam w WO ciekawy wywiad z psychologiem na temat tego, jak pandemia wpływa na psychikę, i jaki długotrwałe skutki mogą nam towarzyszyć. Było nawet porównanie do traumy i PTSD, ale przede wszystkim dużo o lęku, niepewności, strachu, nerwowości.

Wiadomo, jednych to doświadczenie dotknie mniej, drugich bardziej, ale ważne jest, żeby nie negować i wypierać swoich uczuć, rozpoznać je i zaadresować, i się ‘pamperować’ na różne sposoby.

Ja generalnie jestem osobą optymistyczną. Mam czasem jakiegoś dołka, ale już na drugi dzień budzę się z planem akcji i wyciągam się sama z dołka za uszy. W czasie ostatnich miesięcy zauważyłam, że dołki stały się częstsze i głębsze, wielokrotnie płakałam i czułam złość/ przygnębienie/ żal/ wkurw/ bezsilność itd. Ale pozwoliłam sobie na to wszystko, bo czasy są niezwyczajne. I nie tylko chodziło o ślub i wesele, z takim wysiłkiem planowane, a teraz przełożone o rok. Chodziło też o brak wolności, o nałożone ograniczenia, o niemożność spotkań z przyjaciółmi. A wizja tego, że nawet wyczekiwane wakacje w Chorwacji nie dojdą do skutku, dopełniała czary goryczy. I ja wiem, że i tak jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji, mogąc pracować z fajnego domu z ogrodem, będąc zdrowymi i posiadając możliwość kontaktu z ludźmi przez internet. I dlatego czasem czułam, że moja złość jest nieusprawiedliwiona, skoro mogłoby być dużo gorzej. Ale w końcu każdy ma swoje zmartwienia i problemy, i własne uczucia, i moje były akurat takie, więc wrzuciłam na luz i przestałam się obwiniać.

Mam sposoby na chandrę, na pewno pomagają. Od początku marca pracuję z domu, ale utrzymuję prywatny kontakt z niektórymi kolegami, gadamy czasem kilka minut, czasem ponad godzinę. Mam rutynę ćwiczeń HIIT, zaczęłam je żeby schudnąć przed ślubem, ale fajnie się po nich czuję, więc kontynuuję, w porze lunchu 3-4 razy w tygodniu. Przy okazji dobrze wstać od laptopa, zrobić sobie aktywną przerwę i naładować baterie. Po powrocie K. z pracy i w weekendy chodzimy na spacery kilka razy w tygodniu, czasem idę też dodatkowo z sąsiadką. Wygoniłam go też znowu na jogging, a od kolegi weźmiemy jeszcze rowerek treningowy. Wysiłek bardzo dobrze wpływa i na dobry stan psychiczny, i oczywiście na formę fizyczną, więc win win.

Dużo więcej gotuję, bo siedzę w domu, a normalnie jadłam w pracy. W sumie na dobre wyszło, bo K. strasznie narzekał na swoją kantynę, że ciągle to samo, wszędzie frytki i smażenina, i nie chciał tego jeść. Wprawdzie czasem mnie już męczy to wymyślanie, co znowu upichcić, ale żeby sobie ułatwić życie gotuję więcej niż dwie porcje i mrożę, i zawsze mamy na podorędziu pizze jako ostatnią deskę ratunku.

Ale mój nastrój zdecydowanie poprawił się w ciągu ostatnich kilku tygodni. Stopniowe zniesienie lockdownu i powrót do normalności działają cuda – sklepy są otwarte, można pojechać dalej od domu (ale jak na złość Co. Kildare nie ma dostępu do morza, a marzy mi się plaża), ale co najważniejsze – można się spotykać z ludźmi! 2 tygodnie temu zaliczyliśmy dwa spotkania towarzyskie, jutro kolejne, za tydzień znowu, i optymistycznie wysłałam wiadomość do moich znajomych, że zapraszam na dużą imprezę w sierpniu. Do tego czasu już mam nadzieję wszystkie obostrzenia dotyczące liczby ludzi itd. zostaną zniesione.

Nastrój poprawiło mi też zaplanowanie długiego, bo na 4 noce, weekendu w Donegal z K. Zawsze jest za daleko, żeby pojechać na jedną noc, więc teraz w bank holiday pojedziemy na dłużej, i na spokojnie pozwiedzamy i się zrelaksujemy.

Ale największym optymizmem napawa mnie to, że nagle wakacje w Chorwacji wydają się całkiem realne… Nie zrezygnowałam z hotelu, bo mam czas do początku lipca. Lot odwołany jeszcze nie jest. Chorwacja się otworzyła na turystów, i zniesiono tam kwarantannę. Więc jedynym problemem jest Irlandia – zakaz non-essential travel i 14-dniowa kwarantanna po powrocie. Z tego, co przeczytałam wczoraj, zdaje się, że głównym powodem tych obostrzeń jest strach przed napływem Brytyjczyków, bo w UK wirus szaleje. Ale w takiej Chorwacji przypadków było mniej niż 3 tys., a zgonów 107, więc nie podoba mi się wrzucanie wszystkich do jednego worka. Ale teraz wszystko się szybko zmienia, więc może i Irlandia zmięknie w ciągu kolejnych tygodni. Poza tym co to znaczy non-essential? Dla mojego zdrowia psychicznego ten wyjazd by zdziałał cuda! Boję się tego wzrastającego podekscytowania, trzymam je na wodzy, ale nadzieja jest. A rząd niech się zdecyduje wte albo wewte – wyjazdy nie są zalecane ale nie są w końcu nielegalne, kwarantanna jest ‘strongly recommended’ ale nie obowiązkowa, więc messages are mixed. Do tego kraje EU otwierają granice i likwidują kwarantanny (w tym Polska, gdzie wirus też ma się świetnie, co mnie dziwi, zważywszy na wprowadzone w marcu środki!), linie wznawiają loty, ludzie chcą się wyrwać i odpocząć. I myślę, że teraz jest najbezpieczniej na to pozwolić, z dobrą pogodą na horyzoncie.

Lockdown pozwolił przyjrzeć się sobie i najbliższym, czasem aż zanadto. Ujawnił, które związki są zdrowe, a które toksyczne, na kim i na czym zależy nam najbardziej, co nas cieszy, a co stresuje. Jakie mamy w życiu priorytety.

Moje to definitywnie K., moja rodzina, przyjaciele i wyjazdy. That keeps me happy 🙂

PS. A teraz proszę wypić nasze zdrowie, bo za 2 godziny bylibyśmy już Mr & Mrs !

Normal people

Właśnie zmęczyliśmy, bo inaczej tego się nie da określić, ostatni 12-sty odcinek irlandzkiego serialu Normal People. Bardzo na topie i w ogóle wszyscy się nim zachwycają i och i ach jakie mamy talenty i historia jaka wciągająca.

Chyba inny serial oglądaliśmy.

Gniot. Nudny gniot, w dodatku udekorowany wciskanymi na siłę i bez potrzeby scenami seksu i golizny, nawet kilku full frontal. Akcja dzieje się niby na przestrzeni kilku lat (koniec liceum i studia), ale aktorzy nie zmieniają fryzur ani razu, ba – główny aktor wygląda, jakby w ogóle się nie ostrzygł w czasie kręcenia!

A historia jest taka: liceum, on popularny piłkarz i ona, odosobniona inteligentka, zaczynają ze sobą sypiać. Lubią się, ale oficjalnie ze sobą nie chodzą, no bo wstyd. Studia – teraz to ona jest cool i trendy, a on taki kmiotek trochę, musi się rozruszać. On wynajmuje na spółkę pokój z innym studentem, a ona ma szczęście mieszkać w kamienicy rodzinnej, i chla litrami wino z ynteligentnymi przyjaciółmi. Aha, naoglądała się też chyba za dużo 50 shades of Grey, bo zaczyna się lubować w klapsach itd. I tak się to toczy, kolejny rok mija, wakacje (ładne plenery włoskie – najlepszy odcinek chyba), potem ona w Szwecji na Erazmusie, potem wraca,  schodzą się, kończą studia, i na szczęście sezon też się kończy, uff.

Been there, done that (minus klapsy), i chyba miałam bardziej interesujące przeżycia na studiach niż ta para razem wzięta.

Naprawdę nie rozumiem fascynacji tym serialem.

Ktoś mi objaśni??

Update majowo-covidowy

No i nadal jest kiepsko. Wprawdzie Europa pomału wychodzi z kryzysu wirusowego, popadając z kolei w ekonomiczny, ale różne kraje przyjmują różne strategie. Od Szwecji (życie prawie normalne) przez Holandię (brak uciążliwych ograniczeń) przez Irlandię (metoda małych kroków co 3 tygodnie – w związku z tym zakaz wyjazdu poza swoją okolicę do 20 lipca!!) do Polski (chaotyczne decyzje pt. otwieramy hotele! – A nie, jednak tylko pensjonaty. – A jednak hotele! I żłobki!).

W związku z tą niepewnością, brakiem jasnych wytycznych, obecnością  kwarantanny i tu, i w Polsce, itd. niestety zostaliśmy zmuszeni przełożyć wesele. O rok. Rozważaliśmy opcję września, ale wtedy siedzielibyśmy jak na szpilkach przez kolejne miesiące, a potem mogłoby się okazać, że znowu musimy przekładać, a terminów na lato już nie ma. Na szczęście właśnie udało się ustalić nową datę pasującą wszystkim stronom, i teraz moim jedynym zmartwieniem jest, czy uda się odzyskać w takiej czy innej formie kasę za bilety czerwcowe. Oby, i nam, i naszym niedoszłym Gościom!

Ale dół mnie dopadł, bo nie tylko że wesele przełożone, ale 2 tygodnie później mieliśmy jechać na koncert Gn’R, a w lipcu na Chorwację na tydzień, a ja potem jeszcze do Polski na kilka dni. I wszystko szlag trafił!

No nic. Pracuję nadal z domu, ćwiczę, chudnę, pogoda ładna więc się opalam 🙂 dom i ogród odpicowane i posprzątane, kwiatki lidl’owskie i super-valu’owskie zasadzone i cieszą oko. A na pociechę zafundujemy sobie w ramach prezentu (przed)ślubnego altankę 🙂 Póki co moja duma wygląda tak:

Ogród maj 20

Kasa, blichtr i pustynia wokół, czyli Dubaj i nie tylko

Nasza 3-dniowa wycieczka do Emiratów miała wliczać 2 dni w Dubaju i 1 w Abu Dhabi, ale z powodu odwirusowego zamknięcia granic Polski wyszły z tego 2 dni. I tak sporo zobaczyliśmy, ale ominęły nas wjazd na Burj Khalifa, safari na pustyni i zakupy na bazarze, więc planuję tam wrócić, z K. tym razem.

Emiraty historię najnowszą mają dość krótką, i ciężko uwierzyć, że tak nowoczesne miasta powstały w ciągu zaledwie 50 lat. Nasz przewodnik pracuje tam od 9 lat, i pokazywał nam jak przesunęły się granice miasta w tym czasie. Tam widać, że jak się ma kasę, możliwości są nieograniczone. Emirat Abu Dhabi bazuje na ropie, ale Dubaj na turystyce i biznesie. Wszystko w garści trzyma jedna rodzina, a szejkowie zarządzający emiratami są spokrewnieni.

Dubaj jest bardzo rozciągnięty, z lotniskiem na jednym końcu, a palmą Jumeirah na drugim, po drodze z Burj Khalifą i hotelem żaglem Burj Al-Arab.

Palma lepiej pewnie wygląda z góry, bo jak się po niej jedzie kolejką to widać domy i apartamentowce, z kanałami wody pomiędzy pasami zabudowy, ale kształtu jako takiego oczywiście nie. W hotelu Atlantis jest przyjemne akwarium z wielkim zbiornikiem w środku.

Dubaj palma

Potem cała grupa odbyła rejs po marinie. Sztuczna 3.5km marina jest zabudowana wieżowcami i centrami handlowymi, a po wypłynięciu na wody zatoki widać ogromne młyńskie koło (75m średnicy większe od londyńskiego!), niestety jeszcze nie skończone (brak wagoników).

Dubaj marina

Odwiedziliśmy też wielki ogród pełen kompozycji i rzeźb zrobionych z krzewów i kwiatów. Bardzo ładne miejsce, tylko ile to ton wody potrzeba codziennie na podlanie tego wszystkiego, na środku pustyni!

Dubaj ogrod

Potem mała grupka odłączyła się od reszty i z przewodnikiem pojechaliśmy na drinki w barze na tarasie na 43. piętrze hotelu Sheraton. 55 USD za wejście i 2 drinki to nie mało, ale drinki śliczne i dobre, a widok bardzo przyjemny!

Dubaj taras

Po wycieczce w Abu Dhabi i wiadomościach co do powrotu mieliśmy wolny wieczór, więc wzięliśmy z rodzicami taksi do Burj Khalify, żeby obejrzeć pokaz słynnych fontann. Pokaz niestety jest króciutki (2-3 minuty) i co pół godziny, więc lepiej by było usiąść w jednej z otaczających restauracji na dłużej, zamiast przyjechać specjalnie zobaczyć show. Mnie chyba bardziej podobał się poprzedzający fontanny pokaz na samym budynku, gdzie cały rozświetlał się różnymi kolorami i zmieniał w takt muzyki jak kameleon! (a raczej ośmiornica ;-))

Dubaj Burj Khalifa

Drugiego dnia pojechaliśmy do Abu Dhabi (Abu Zabi po polsku). Po drodze suche tereny z kępkami trawy, fabryki i huty, a raz nawet dojrzałam małe stado wielbłądów 🙂

Abu Dhabi droga

Najpierw zwiedziliśmy meczet szejka Zayeda, bardzo przypominający Taj Mahal.

Abu Dhabi meczet

A potem w Heritage village zobaczyliśmy, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu żyli mieszkańcy Emiratów.

Abu Dhabi wioska

 

To jest inny świat, nieporównywalny do tego, co znamy z Europy czy Ameryki.

Oszałamiające bogactwo, czystość i porządek, bezpieczeństwo na ulicach, eleganckie butiki, bary z alkoholem, i najdroższe hotele świata.

Ale na pewno nie chciałabym tam mieszkać na stałe.

Covid-19

Covid-19

Koronawirus

Wirus, wirusa, wirusowi, wirusem, wirusie.

Epidemia, pandemia.

Histeria, panika, paranoja, schiza, amok.

W telewizji Covid, w gazetach Covid, w lodówce Covid.

Tak w skrócie można opisać wydarzenia ostatnich kilku tygodni. Mały wirusik rozłożył świat na łopatki, a matka natura odetchnęła, bo nagle spadła ilość produkownego CO2 i innych syfów.

Spadła, bo wszystko stanęło.

Ja pitolę.

Koronawirusy są nam dobrze znane, bo powodują przeziębienia. Bardziej agresywne szczepy atakowały już wcześniej (SARS i MERS), z większą śmiertelnością, tylko na dużo mniejszą skalę. Grypa rocznie uśmierca dziesiątki tysięcy ludzi, ale z jakiegoś powodu to Covid-19 zasiał niespotykaną panikę. Codziennie raportuje się przypadki śmiertelne (do wczoraj globalnie zmarło 8778 osób), choć dużo więcej ludzi umiera na zawały czy w wypadkach samochodowych. Nie rozumiem tego zjawiska.

Zdaje się, że największą wadą Covida jest długie (do 14, a może i 28 dni) utajenie, raczej lekkie objawy w 80% przypadków, i związane z tym łatwe rozprzestrzenianie choroby. Jeśli ktoś ma grypę, to jest to raczej oczywiste, i chora osoba nie jeździ autobusem, tylko leży w łóżku bez czucia. A Covid może się przyczaić, a chory może być w ogóle nieświadomy zakażenia, ot lekki kaszelek go męczy i tyle, a wirol się radośnie roznosi.

Stąd rozumiem politykę zachowania dystansu między ludźmi, zwłaszcza że wirus roznosi się drogą kropelkową – gdy zakażony kaszle, kicha czy dotknie twarzy a potem powierzchni, na której wirus jakiś czas zostanie. Generalnie, aby się zakazić, trzeba przebywać w odległości do 1.5m przez 10-15 minut od chorej osoby, czyli nie jest to aż takie łatwe – samym oddychaniem (normalnym, a nie rzężeniem) się człowiek nie zarazi. Do tego regularne mycie i odkażanie rąk, kaszel/ kichanie w rękaw i wirusisko nie powinno mieć aż tak łatwego życia.

Ciekawa jestem, czy gwałtowny wzrost zachorowań we Włoszech czy Hiszpanii jest wynikiem tradycyjnych soczystych buziaków na powitanie? Na pewno nie pomagały….

Generalnie grypa powoduje mniejszą śmiertelność, ale Covid też nie przetrzebia populacji – ok. 1-2% śmiertelności, i to głównie wśród starych lub chorych osób. Niektóre kraje raportują większy udział, ale nie wiadomo, czy mają wykryte wszystkie przypadki, bo raczej nie.

Rozumiem, że głównym problemem rządów jest tu nie tyle wysoka zachorowalność w populacji, ile obawa przed nagłym skokiem przypadków potrzebujących szpitala czy respiratora, i narażenie osób już chorych czy starych. Ale tego przekazu chyba trochę brakuje, i sieje się ogólną panikę niepotrzebnie. Na przykład francuski zakaz wychodzenia z domu dla wszystkich, nawet na spacer, uważam za kretyński. Przecież godzinna przechadzka czy jogging, bez przystawania na pogaduszki, nikogo nie narazi na zakażenia, a pozwoli zachować dobrą formę fizyczną i kondycję psychiczną. Oczywiście liczymy tu na uczciwość i inteligencję ludzi, a nie że będą cwaniakowali i po kryjomu spotykali się ze znajomymi pod pozorem spaceru.

Polski genialny pomysł nagłego zamknięcia granic dotknął nas osobiście. Poleciałam do Warszawy tydzień temu, w czwartek wylecieliśmy z rodzicami do Dubaju z całą grupą. W piątek zwiedzaliśmy planowo Dubaj, a wieczorem brat coś zaczął o granicach gadać, ale nasz lot, jako że okupowany w większości przez turystów z biura, miał być traktowany jako czarter. W sobotę w Abu Dhabi doszła nas wiadomość, że musimy wracać do Polski. Czyli z wycieczki 3-dniowej zrobiło się półtora dnia… Ale to nie był koniec. Ja od razu po powrocie zabukowałam lot bezpośredni w niedzielę rano do Dublina, żeby nie utknąć w Polsce. Jedyną przygodą było to, że po wylądowaniu po 8-godzinnym locie siedzieliśmy w samolocie przez kolejne 3.5 godziny, bo Delta lecąca do USA blokowała nam jedyną wolną bramkę, bo testowali wszystkich pasażerów wylatujących. Ale to był pikuś. Grupa wracająca do Warszawy poleciała do Monachium, gdzie przesiadła się w autokar. Na granicy stali 7.5 godziny (a to była króciutka 2km kolejka, która następnego dnia wydłużyła się do 40km!), bo celnicy zbierali formularze z adresami i mierzyli temperaturę każdemu. Zero toalet. Zero jedzenia, poza resztkami na stacji benzynowej. Po prostu horror.

Pod artykułem o tej przeprawie w lokalnym dzienniku milusie komentarze, jak to Januszom i Grażynom zachciało się egzotyki, zamiast na dupie grzecznie w domu siedzieć w czasach zarazy. Sorry, ale zarezerwowaliśmy te wakacje 8 miesięcy temu, a o tym, że Polska zamknie granice w niedzielę, nikt w dniu czwartkowego wylotu nawet nie marzył! Rodzice teraz przechodzą przymusową kwarantannę domową przez 2 tygodnie. Ja na lotnisku w Dublinie dostałam ulotkę.

Nie krytykuję pomysłu zamknięcia granic, tylko wykonanie. Czy nie można było przyjmować lotów z grafiku, i spisywać ludzi na lotnisku? A jeśli już naprawdę chcieli zamknąć lotniska, to trzeba było najpierw infrastrukturę graniczną przygotować na wzmożony ruch, zaopatrzyć w toi-toie chociaż i bary z jedzeniem, przydzielić więcej celników itd. Ale nie, to jest Polska, która w jednym tygodniu chwali się zerem przypadków, a w następnym ściąga na gwałt obywateli i zamyka ich w domach.

O ludziach czyszczących półki w sklepach już nie wspomnę. Co ciekawe, jak pojechałam w poniedziałek rano za zakupy, wszystko było, bo uzupełnili. Ludzie mają ograniczoną pojemność lodówek i zamrażarek, więc siłą rzeczy poziom zakupów spadnie do normalnego. Ale szał na papier toaletowy jest dla mnie nie do pojęcia….

Dzieci zdają się przechodzić zakażenia lekko, ale dobrze roznosić wirusa, więc zamknięcie szkół na jakiś czas jest zrozumiałe. Biura powysyłały pracowników do domów, a na miejscu zostaje, kto musi. Irlandia zamknęła puby, a parady na Patryka się nie odbyły. Teatry i kina zamknięte, takoż siłownie. Ludzie tracą pracę, bo zamykają się sklepy, restauracje i kawiarnie. OK. Ale ileż tak można??!! Przecież turystyka i lotnictwo już dostało po dupie, cała gospodarka bardzo odczuje te zawirowania, ale na dłuższą metę tak się po prostu nie da żyć!

Dziś rano w TV jeden pan bardzo mądrze gadał. To się musi kiedyś skończyć. Firmy farmaceutyczne pracują nad lekiem i szczepionką, w Chinach po raz pierwszy nie odnotowano nowego zarażenia, ludzie uczą się nowych zachowań. Jest światełko w tunelu.

Dla mnie osobiście tunel powinien się skończyć w maju najdalej, bo chciałabym wiedzieć, co z czerwcowym weselem. Plany planami, wydatki wydatkami, ale ludzie bilety pokupowali, a Ryanair odwołuje loty w ostatniej chwili i tylko, gdy musi – wczorajszy środowy lot z Warszawy dopiero we wtorek wieczorem został skasowany w ich systemie! No nic, za wcześnie się martwić, trzeba poczekać do maja i mieć nadzieję, że wszystko się przewali, zachorowania spadną, kraje odzyskają kontrolę, a życie wróci do jako-takiej normalności….

A tu fajne oficjalne slajdy na temat wirusa, zakażeń i prewencji:

https://www.youtube.com/watch?v=ztj7JhMt3Wc

 https://www.youtube.com/watch?v=mOV1aBVYKGA

(na marginesie będzie więcej powiązanych linków)

Niestety, po necie i whats-appie krążą łańcuszki z fałszywymi informacjami (picie ciepłej wody pomaga, stan wyjątkowy wprowadzają, jutro zamykają sklepy, i tego typu bzdury). Radzę czytać tylko oficjalne wiadomości, i to jak najmniej.

W Dubaju udało się wręcz zapomnieć o tej histerii, bo TV nie oglądałam, na dworzu ciepło i słonecznie, i tylko odkażacze do rąk przypominały o wirusie. Miło było…

Szybki update zimowy

Dzieje się na świecie i w Irlandii, ale ja na nic nie mam czasu, ale powód dobry.

W Eire odbyły się wybory, a wynik jest dość ciekawy – 3 partie dostały po równo 35-38 głosów na 160, więc nie obędzie się bez koalicji. Zabawa polega na tym, kto z kim pójdzie do łóżka 😉 albowiem partie, które zgarnęły po równo, to dobrze nam znane Fianna Fail i Fine Gael, oraz – surprise dla wszystkich – Sinn Fein. Z SF w koalicję nie chcą wejść FF i FG, więc SF musiałaby zawrzeć pakty ze wszystkimi mniejszymi partiami. FG wolałaby ten sezon wygodnie przesiedzieć na ławkach opozycji, ale moim zdaniem to w nich i FF nadzieja. Do większości potrzebowaliby jeszcze kilku głosów, i mają do wyboru posłów niezależnych (łatwiejsza opcja choć rozdrobniona) lub partię Zielonych (ale wtedy byliby zobligowani do forsowania głupich pomysłów typu podwyżka carbon tax).

A zegar tyka, mam na myśli zegar brexitowy. Bo UK w końcu wyszło z UE!!! Już myślałam, że to się nigdy nie stanie…. Taka saga jak z kiepskim związkiem – ciągnęło się to na siłę, ale w końcu jasne było, że strony muszą się rozejść, z ulgą dla wszystkich zainteresowanych i otoczenia. Teraz UK muszą wynegocjować umowy handlowe, i mają czas tylko do końca roku. Ciekawe, czym się to skończy…

UK dość mieli też Harry i Meghan. Ha, pokazał jaja, nie powiem 🙂

Na świecie panika wywołana koronawirusem Covid-19. Bu-hu. Owszem, rozprzestrzenia się dość żwawo, ale żniwo zbiera małe – 2.5% i to głównie wśród starszych lub chorych osób. Na populację światową raczej nie wpłynie, gatunek ludzki nie musi się obawiać przetrzebienia jak przy Hiszpance lub dżumie. Tu nagle panika, bo Chiny daleko, ale już północne Włochy znacznie bliżej. Kolega w pracy wrócił stamtąd kilka dni temu akurat, zobaczymy czy zdrowy za jakiś tydzień…. 😉

Mi nie do śmiechu, bo za 2 tygodnie lecimy z rodzicami do Dubaju, a ja naprawdę bardzo potrzebuję słońca!!!! Zima jest w tym roku paskudna – ciągle jakieś sztormy przechodzą, leje i wieje, czasem śnieg z deszczem się trafia, pochmurno i w ogóle BLE.

A co do powodu mojego braku czasu, to nie zdawałam sobie sprawy, że organizacja wesela, nawet dość małego, pochłania tyle energii! W dodatku wymyśliłam sobie, wbrew woli K., ślub w Polsce, i to nie w mieście rodzinnym czy Warszawie, tylko w pięknym Gdańsku. O ile większe rzeczy zarezerwowaliśmy w zeszłym roku latem, i dużo załatwiam mailowo, to wybraliśmy się w styczniu na długi weekend odbyć kilka spotkań, a za tydzień musimy jeszcze wrócić do USC, bo papier irlandzki jest ważny tylko 4 miesiące, a nie przyzwoite 6, jak polski. Chcę też pokazać gościom trochę polskiej historii, więc w przeddzień wesela organizuję zwiedzanie stoczni, a potem obiad. Do tego dochodzi oczywiście cała kupa małych rzeczy do ogarnięcia…. Wiem, że wszystko się uda i będzie super, ale naprawdę nie przypuszczałam, że zamienię się w zestresowaną, upierdliwą pannę (już nie taką) młodą, paplającą o ślubie przy każdej nadarzającej się okazji!

Nie no, przesadzam, aż tak źle nie jest, staram się robić dni wolne od tematu 😉 No i po wszystkim odpoczniemy w pięknej i gorącej Chorwacji!

Ale na razie Dubaj. Oby.

Świątecznie

I kolejny rok przeleciał… Ostatnie 2 miesiące minęły nie wiem kiedy, bo czas zleciał na pracy na zmiany i wyjazdach na dwa wesela i do Budapesztu, więc jakoś nie czułam nastroju świątecznego. Ale w dni wolne w końcówce listopada ubrałam dom, potem pojechaliśmy na świąteczne zakupy, i nastrój się pojawił 🙂 Tydzień temu gościłam przyjaciół na kolacji, i poza moim gulaszem menu było iście wigilijne – przepyszne barszcz i pierogi, śledź i sałatka, gwiezdny makowiec, piękne pierniczki i mój sernik (a barszcz jest w ogóle bardzo lubiany przez Irlandczyków :)).

Wczoraj było firmowe Christmas party, teraz ostatni tydzień w pracy i laba przez dwa tygodnie, w tym kolejne spotkania towarzyskie, dzień w Dublinie, święta w Polsce, a potem Sylwester tu w eleganckim hotelu i wolna reszta tygodnia 🙂 Prezenty są już zapakowane i walizka spakowana, więc jestem ready!

A dekoracje wyglądają jak poniżej. Te urocze aniołki zrobione z różnych szyszek i nasion są z Budapesztu, a skrzatka pilnująca (nowych) drzwi została zrobiona przez córkę przyjaciół. Very cute 🙂

Xmas 19

Życzę wszystkim rodzinnych i pysznych Świąt, i najlepszego na Nowy rok 2020!